środa, 16 października 2019


„Córka słońca. Zderzenie światów” - fragmenty


Zachęcam do zapoznania się z kolejnymi trzema fragmentami publikacji.
Jest to drugie i ostatnie darmowe udostępnienie (cztery pierwsze rozdziały można pobrać 
w postaci pliku PDF z grupy na Facebooku), a całość będzie można zakupić już wkrótce w postaci e-booka w cenie 10 zł lub książki tradycyjnej w cenie 25 zł. Cena ulega zwiększeniu w przypadku wysyłki za granicę. 

Aktualnie trwa zbieranie zamówień na pierwszy nakład w wysokości 50-60 egzemplarzy, do tej pory zainteresowanie zakupem wyraziło siedem osób. Zachęcam do lektury poniższych fragmentów oraz jak najszerszego sięgania po kompletną publikację 😃




ROZDZIAŁ VIII - PIERWSZA UCIECZKA


(...) Aldorent Morrison wysiadł z pociągu, mrużąc oczy przed ostrym blaskiem słońca. We wrześniu wisiało ono na tej szerokości geograficznej nisko nad horyzontem, lecz wciąż miało moc oślepiania. Ubrany był po cywilnemu, w ciemny, gładki golf, jasne spodnie i kurtkę z tworzywa imitującego skórę. Ta podróż miała charakter całkowicie prywatny. Skorzystał z wolnego dnia, by pozbyć się przynajmniej części wyrzutów sumienia.
Opuścił zalany słońcem, prawie pusty dworzec i ruszył w miasto. Nie była to jego pierwsza wizyta w Buffalo, stolicy Kenlacji, pomimo to nie orientował się dobrze w rozkładzie ulic. By nie błądzić, kupił w pierwszej napotkanej księgarni plan miasta.
Architektura Buffalo wciąż zachwycała go wyrafinowanym, subtelnym, północnym pięknem. Fasady kamienic pyszniły się olśniewająco czystą bielą i innymi jasnymi, delikatnymi barwami. Budynki ozdobione były licznymi gipsowymi płaskorzeźbami. Przedstawiały one motywy roślinne i baśniowe, a więc trójgłowe psy, ziejące ogniem smocze paszcze, oblicza olbrzymów i karłów, stworzenia z głową niedźwiedzia i orlimi skrzydłami, zwane przez Nordlingów gryfami, i wiele innych. Wszystko, co pretendowało do bycia prawdziwie kenlackim, musiało być smukłe, strzeliste, wysokie, wysublimowane i lekkie, stworzone jakby z oddechu wiatru. Ten kraj nie znał ciężkich, półokrągłych kopuł ani płaskich dachów. Za to wszędzie, jak grzyby po deszczu, wyrastały ostre iglice wieżyczek, niektóre zwieńczone pociągniętymi złotą farbą koronami, błyszczącymi dumnie w pełnym blasku dnia.
Kenlacja parła ku niebu, ku gwiazdom i słońcu. Jej kultura otwierała się na to, co nieskończone i wieczne, lecz jednocześnie kraj ten rozwinął myśl techniczną i naukową, stając się najpotężniejszym państwem wschodniej części ziem należących do Nordlingów. Cztery mniejsze, sąsiednie kraje o charakterze rolniczo-łowieckim, czyli Entoria, Miridia, Drenada i Skenia, nie mogły się poszczycić równie zaawansowanym przemysłem ani nauką. Dlatego uznawały bez szemrania zwierzchnictwo Kenlacji i pozwalały, by kenlacki gubernator reprezentował ich interesy na arenie Imperium.
Po wybrukowanych drobną kostką szerokich ulicach przetaczała się raz za razem bryczka lub należąca do zamożnych ludzi kareta, ciągnięta przez dwa piękne, lśniące konie, z barwnymi wstążkami wplecionymi w grzywy. Rowerzyści przemykali chyłkiem tuż przy krawędziach drogi. W dzielnicy handlowej rozłożyły się na chodnikach bogate stragany z aksamitnymi zasłonami, gdzie rzemieślnicy i kupcy sprzedawali wyroby swych rąk lub miejscowych manufaktur. Towarami z południa, przede wszystkim egzotycznymi owocami i przyprawami, handlowano w mieszczących się na parterach kamienic ekskluzywnych sklepach.
Aldorent nie zamierzał niczego kupować. Ominął również drogie jak na kieszenie miejscowych restauracje na rynku, gdzie zwykle jadał w Buffalo. Zatrzymał się na chwilę przy zespole fontann z jasnego marmuru. To dzieło sztuki architektonicznej przyciągało dzień po dniu zachwycone spojrzenia zarówno turystów, jak i samych mieszkańców stolicy. Strumienie wody tryskały z paszcz delfinów, smoków i morskich węży, a grupa kamiennych nagich cherubinków, zarówno chłopców, jak i dziewczynek, otaczała stworzenia wesołym korowodem, trzymając się za ręce.
Mężczyzna przysiadł na niskim murku fontanny, dotknął lekko prawą dłonią przejrzystej tafli wody. Tryskające strugi rozpraszały się w powietrzu delikatną mgiełką, w której rozszczepiało się jak w pryzmacie słoneczne światło. Siedział tak przez kilka minut, rozkoszując się spokojem i pięknem, które łagodziło ból serca. Wreszcie wstał i ruszył w kierunku kompleksu Akademii Buffalijskiej.
Również budynki uczelni wzniesiono w strzelistym kenlackim stylu, którego nie można było pomylić z żadnym innym. Przeszedł pod wysokim łukiem bramy i zagadnął we Wspólnej Mowie pierwszą z napotkanych dziewcząt o siedzibę administracji szkoły. Wyciągnęła dłoń, wskazała mu niski, długi budynek, skryty częściowo za lewym skrzydłem głównego gmachu. Podziękował i podążył we wskazanym kierunku. Mijał grupki śmiejących się i gawędzących w kilku północnych językach studentów, dźwigających naręcza książek, sztalugi i przybory malarskie. Najwidoczniej adepci sztuki skończyli tego dnia zajęcia. Na widok kilkorga Entorian serce zabiło mu mocniej, lecz nie przypuszczał, by jedna z tych dziewcząt była tą, której poszukiwał.
Derra opowiedziała mu podczas tamtych wspólnie spędzonych dni o swojej siostrze Emanie, marzącej o studiowaniu w Akademii Buffalijskiej. Miał nadzieję, że znajdzie tutaj starszą z sióstr Amno. Co chciał uzyskać przez to spotkanie? Czy mógł spodziewać się, że Emana zrozumie kierujące nim pobudki, że wybaczy mu krzywdę, którą wyrządził jednej z najbliższych jej osób, może rzuci mu się w objęcia? Śmieszne. Nie powinien w ogóle przyjeżdżać do Buffalo. Nie powinien mieszać się ponownie w życie tej rodziny. A jednak tu był i przemierzał szybkim, sprężystym krokiem aleje zielonego jeszcze o tej porze roku ogrodu uczelni.
Życie kiramskich uczelni wyższych toczyło się – przynajmniej oficjalnie – tylko i wyłącznie we Wspólnej Mowie. Imperium chciało w ten sposób wykluczyć dyskryminację obcokrajowców oraz utrwalić w głowach studiujących znajomość tego języka. Nie miał więc problemu z odczytaniem tabliczek na drzwiach i znalezieniem pomieszczenia, w którym mieścił się Dział Personalny.
Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Za oddzielającą interesantów od reszty pokoju ladą, pomiędzy regałami z półkami zawalonymi gęsto papierowymi teczkami oraz szafami, wypełnionymi identycznymi szufladami, kręciło się kilkoro młodych ludzi. Studenci w Kiramie odpracowywali dyżury w uczelnianej administracji, stołówce i służbach porządkowych, odciążając budżet uczelni poprzez zmniejszenie liczby etatowych pracowników oraz ucząc się prac dorosłych.
Za biurkiem siedziała młoda Kenlacjanka ze splecionymi w warkocz jasnymi włosami i wypełniała jakieś dokumenty. Spojrzała przelotnie na Aldorenta, odpowiadając na jego pozdrowienie, i znów zajęła się swoją pracą. Mężczyzna podszedł do stołu, oparł się lekko łokciami o jego krawędź i zaczął:
− Szukam pewnej Entorianki, która tutaj studiuje. Nazywa się Emana Amno. O ile wiem, powinna teraz zaczynać drugi rok quatessinistyki.
Dziewczyna odłożyła papiery, ponownie podniosła wzrok, popatrzyła na niego badawczo i spytała:
− Jest pan Sangacjaninem, prawda?
− Tak – odparł, czując zmieszanie i niepewność.
W Kiramie nie było od wieków konfliktów na tle narodowościowym, a jednak wiedział dobrze, że Sangacjanie nigdzie nie są szczególnie lubiani. Przyczyną tego było ich wrodzone poczucie wyższości, a zarazem lęk przed resztą kontynentu, którego nie umieli, a może nawet nie chcieli maskować.
− Tak, ale... muszę spotkać się z tą osobą. To dla mnie bardzo ważne. Proszę mi powiedzieć, czy ona tu studiuje i gdzie mogę ją znaleźć.
− Chwileczkę – młoda kobieta wstała i podeszła do jednej z szaf z rzędami szuflad. – Proszę powtórzyć nazwisko.
Zrobił to. Przez kilka minut grzebała w ułożonych ciasno szarych papierowych kopertach, lecz nie znalazła tego, czego szukała. Zmarszczyła równe brwi i zastygła na chwilę w bezruchu, jakby usiłowała znaleźć rozwiązanie zagadki lub wydobywała coś z zakamarków pamięci. Wreszcie jej twarz wygładziła się w wyrazie zadowolenia. Dziewczyna podeszła do sąsiedniej szafy, przyklękła na jedno kolano i znów przerzucała zawartość szuflad.
Wstała z wyrazem triumfu na jasnym obliczu i podeszła do lady, trzymając w dłoni kopertę. Z uśmiechem pomachała mu swoim znaleziskiem przed nosem. Wyjęła kilka zapisanych na przemian maszynowym i drobnym odręcznym pismem kartek. Zaczęła czytać, poruszając lekko wargami. Aldorent robił wszystko, by powstrzymać nerwowe przestępowanie z nogi na nogę. Nie wypadało mu okazywać niecierpliwości.
− Mam pańską Entoriankę – powiedziała. – Emana Amno, córka Arminy Amno i Dele-kana Sorana, zamieszkała we wsi Sokół, w okręgu Vilje. To ona?
Pokiwał energicznie głową na znak potwierdzenia, wydając przy tym westchnienie ulgi.
− Rzeczywiście jest na quatessinistyce. Nie na drugim roku, ale dopiero na pierwszym. Dlatego miałam trudności z odnalezieniem jej akt.
− Myślałem... byłem przekonany, że jest na drugim roku.
− Nie, proszę pana. Biorąc pod uwagę rocznik, powinna być na drugim, ale tak nie jest. Emana Amno dopiero zaczęła studia.
− Gdzie ją znajdę?
− Proszę zaczekać, muszę spojrzeć na plan zajęć.
Podeszła do ściany, przez kilka chwil wpatrywała się w zadrukowaną drobnym maczkiem białą kartkę dużego formatu, przypiętą szpilkami do tablicy ogłoszeń. W końcu powiedziała:
− Jej grupa ma teraz ćwiczenia z fonetyki w sali trzysta osiem. To jest na trzecim piętrze w prawym skrzydle. Ale nie musi pan tam wchodzić. Za niecałe dwadzieścia minut będzie przerwa. Zwykle wychodzimy wtedy na zewnątrz, jeśli dzień jest pogodny, żeby pospacerować po parku. Proszę na nią zaczekać przy wyjściu z budynku, nie głównym, ale tym w prawej części kompleksu. Tam, gdzie rosną dwa takie rozłożyste krzewy dzikiej róży. Jeśli będzie wychodzić, to właśnie tamtędy.
− Dziękuję bardzo za pomoc i życzę miłego dnia.
− Nawzajem.
Wyszedł z budynku administracji, przeszedł we wskazane miejsce. Nie zważając na to, że może ubrudzić jasne spodnie, przysiadł na drugim stopniu kamiennych schodów. Lewe skrzydło dużych, drewnianych drzwi było lekko uchylone, lecz nikt nie wchodził do środka ani stamtąd nie wychodził. Przez jakiś czas było zupełnie cicho, a potem zza rogu wyłoniło się niespodziewanie dwóch młodych mężczyzn, wysokich i szczupłych, o ostrych rysach twarzy. Wiedli jakąś ożywioną dysputę po kenlacku. Minęli Aldorenta, nie zwracając na niego większej uwagi i nie przerywając sporu. Pomagali sobie czasami zamaszystymi gestami rąk, jakby kończyli rozpoczętą w sali wykładowej dyskusję.
Przypomniał sobie, że zajęcia dydaktyczne na uczelniach kiramskich zorganizowane są w półtoragodzinne bloki, przedzielone trwającymi pół godziny przerwami. Będzie miał więc dość czasu na rozmowę z siostrą Derry. O ile ona zechce rozmawiać z nim tak długo. O ile w ogóle zechce z nim rozmawiać.
Próbował przywołać w pamięci obraz Emany Amno. Widział ją tylko dwa razy, jako piętnastoletnią dziewczynkę pod górą Strandveinen, a potem jeszcze raz, przed rokiem i trzema miesiącami, gdy wraz z Blackiem porywali Derrę. Oba spotkania były bardzo krótkie. Na szczęście studiujący w Buffalo Entorianie stanowili zdecydowaną mniejszość, na dodatek wyraźnie różnili się od krajowców charakterystycznymi rudymi, mocno skręconymi włosami. Ile Entorianek przejdzie za parę minut przez te drzwi? Co najwyżej trzy, cztery? A jeśli jej nie rozpozna? Lekkie podenerwowanie nie opuszczało go ani na chwilę, powodując ucisk w żołądku. Zdarzało mu się zachowywać chłodniejszy umysł przed najtrudniejszymi zbrojnymi akcjami, w których mógł stracić życie. Pomimo to wiedział, że musi z nią porozmawiać, i był zdecydowany to zrobić.
Wreszcie dwudziesto-, może dwudziestopięcioosobowa grupa studentów zaczęła opuszczać gmach, przerywając ciszę świeżością młodych głosów. Aldorent wstał, odsunął się dyskretnie na bok i przyglądał z napięciem schodzącym po kamiennych stopniach młodym ludziom, wypatrując dziewczyny, która mogłaby być Emaną. Tym razem szczęście dopisało mu. W grupie było aż czworo Entorian, ale tylko jedno z nich było kobietą.
Patrzył na samotnie idącą dziewczynę w długiej do kostek spódnicy z ciemnej wełny i białym swetrze z gęstym wzorem, z przewieszoną przez ramię czarną skórzaną torbą. Entorianka była wysoka, miała prawie sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, lecz jednocześnie szczuplejsza niż zwykle bywają kobiety tej narodowości. Ta wysmuklona sylwetka, w połączeniu z bladą twarzą o ostrych rysach i zaciśniętych wargach oraz z malującym się na tym obliczu odległym echem cierpienia, nie wydawała się naturalna, jakby przyczyną tej chudości było jakaś rozpacz, drążąca serce dziewczyny. Sięgające bioder włosy splotła w warkocz, który niosła przewieszony przez lewe ramię. Szła w stronę parku wyprostowana i pogrążona we własnych myślach, nie patrząc na nikogo i nie rozglądając się na boki. Być może nie zdążyła jeszcze znaleźć w nowym otoczeniu przyjaciół.
Obliczył prędko w myślach jej wiek. Ponieważ urodziła się w zimie, pod koniec sangackiego roku, musiała mieć teraz prawie dziewiętnaście lat. Nie była już dzieckiem i nie miał prawa zwracać się do tej obcej przecież kobiety z pominięciem grzecznościowego tytułu. Ilka Emana, tylko tak wolno mu ją nazywać. Dodając do tego sprawę, o której chciał z nią mówić, powinien jak najprędzej schować do kieszeni swoją sangacką i zawodową dumę. Będzie tak delikatny i uprzejmy, jak tylko zdoła.
Przezwyciężając wreszcie nieśmiałość, podszedł do niej i zagadnął:
− Pani Emana Amno, prawda?
Zatrzymała się, spojrzała na niego zielonymi oczami.
− Tak – odparła, nie kryjąc zaskoczenia. – Kim pan jest?
Zawahał się przez chwilę. Nie chciał zdradzać jej swojego nazwiska, to mogło być niebezpieczne. A jednak był jej winien przynajmniej tyle.
− Nazywam się Aldorent Morrison i jestem funkcjonariuszem Zbrojnych Sił Sangacji.
− Czy spotkaliśmy się wcześniej?
− Tak, pani Emano. Nawet dwukrotnie. Niestety, zdarzyło się to w okolicznościach... niezbyt przyjemnych. To ja jestem tym człowiekiem, który miał ukarać panią za śmierć Andrew Thomasa. To ja jestem jednym z dwóch mężczyzn, których widziała pani ubiegłego lata nad rzeką. To ja... – wciągnął gwałtownie powietrze i dokończył trochę ciszej:
− To ja zabrałem Derrę do Sangacji.
Wyraz jej twarzy zmieniał się prędko od zdumienia do wściekłości. Przez chwilę milczała, zbierając myśli i wpatrując się nieprzytomnym wzrokiem w jego twarz. Wreszcie wybuchła:
− Jak pan śmie!? Jak pan śmie tutaj przyjeżdżać i rozmawiać ze mną!? Czy jesz- cze nie dość panu wyrządzonych nam krzywd? Czego pan ode mnie chce?
Zielone oczy sypały iskrami, głos wibrował bólem i złością. Kilkoro studentów, zaalarmowanych jej krzykiem, rzuciło na nich zaciekawione spojrzenia.
Aldorent starał się je ignorować.
− Niech się pan wynosi i nigdy więcej nie pokazuje mi się na oczy!
− Proszę mnie wysłuchać. Nie jestem pani wrogiem...
− Jest pan! I zawsze pan będzie! Pan i cały pana kraj!
Nagle podeszła bliżej, niemal otarła się o niego. Czuł na policzku jej przyspieszony z emocji oddech, widział duże, piękne oczy i jasne oblicze wykrzywione w grymasie nienawiści.
− Gdzie ona jest? – szepnęła. – Proszę mi powiedzieć, gdzie ona jest?
− Przejdziemy się? Wolałbym, abyśmy porozmawiali na osobności.
− Nie wiem, jakie złe zamiary ma pan względem mojej osoby, ale radzę panu nie próbować żadnych sztuczek.
− Nie mam żadnych złych zamiarów. Przysięgam.
Próbował udobruchać ją łagodnością głosu, lecz nie był pewien, czy mu się to udało. Wciąż pochmurna jak zimowe niebo, ruszyła w głąb parku, pozornie nie zwracając na niego uwagi. Szedł dwa kroki za nią, nie śmiejąc zrównać się z dziewczyną. Podziwiał przy tym jej dumny, sprężysty krok.
− Gdzie ona jest? – powtórzyła.
− W Derbachii. Pani siostra jest zdrowa i bezpieczna. Ma dom i rodzinę, która troszczy się o nią. Chodzi do dobrej szkoły. Nie grozi jej nic złego. Czuwają nad nią ludzie, którzy nie skrzywdzą jej i nie pozwolą skrzywdzić.
Tego ostatniego nie był do końca pewien, ale bardzo chciał dodać otuchy tej wysokiej dziewczynie. Po całym bólu i niepokoju, jaki musiała wycierpieć, miała prawo usłyszeć takie słowa.
− Dlaczego nie pozwalacie jej wrócić do domu? – znów krzyknęła, przystając raptownie. – Do czego jej potrzebujecie? Jej miejsce jest w Sokole, nie w Derbachii!
− Wiem, pani Emano. Proszę mnie uważnie posłuchać. Nie mogę powiedzieć pani niczego więcej, bo to zbyt niebezpieczne. I tak dużo ryzykuję, przyjeżdżając tutaj. W tę sprawę zamieszana jest bardzo groźna i bezwzględna siła. Taka, która nie cofnie się przed żadną zbrodnią, byleby tylko urzeczywistnić swe plany i udowodnić całemu światu, że nikt i nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Nie możemy otwarcie stawić jej czoła. Proszę nie przyjeżdżać do Derbachii i nie szukać siostry. Proszę nie mówić o naszym spotkaniu rodzicom. Niech pani nie robi niczego. Najlepiej niech pani zapomni jak najszybciej o tej rozmowie.
− Po co pan w takim razie w ogóle zawraca mi głowę?
− Może chciałem, żeby spała pani spokojnie. A może robię to dla siebie. Może chcę oszukać i uśpić własne sumienie.
Patrzyła na niego uważnie, z napięciem i zaciekawieniem, ale już bez złości. Nie rozumiała jego słów. Ten człowiek stanowił dla niej niepojętą zagadkę.
− Proszę mi to wyjaśnić – zażądała.
− Nie umiem wam pomóc, chociaż bardzo chciałbym. Brakuje mi odwagi. Proszę, pani Emano, niech mi pani uwierzy. Wiem, że to bardzo trudne, ale proszę spróbować mi zaufać. Nie chcę narażać pani na niebezpieczeństwo, dlatego nie powiem pani, gdzie jest Derra. Nie zaryzykuję w tej rozgrywce niczyją głową. Wiem, że jest pani rozsądną dziewczyną. Proszę żyć swoim życiem. To najlepsze, co może pani w tej sytuacji zrobić.
− Przez pana straciłam cały rok – syknęła. – Zostałam w domu, żeby pomagać rodzicom i pocieszać ich w cierpieniu. Stracili jedną córkę, próbowałam więc wystarczać im za nas obie. Ale ja nie jestem Derrą i nie mogę jej zastąpić. Żaden człowiek nie może zastąpić innego. Czy wyobraża pan sobie, przez co przeszliśmy? Rodzice, ja i Kan-tan? Takie małe dzieci rozumieją więcej, niż nam się zdaje.
− Bardzo proszę mi obiecać, że nie powie pani rodzicom o tej rozmowie.
− A jeśli istnieje sposób na pokonanie tej siły?
− Nie istnieje. Gdyby było inaczej, już dawno przywiózłbym Derrę do domu.
Skinęła głową z namysłem i powagą. Już nie była wściekła, raczej smutna.
− Dobrze. Niech będzie tak, jak pan chce. Nie powiem nikomu o naszym spotkaniu. Ale proszę, niech mi pan przysięgnie na Wielkiego Ducha, że Derra jest bezpieczna.
− Przysięgam na Wielkiego Ducha, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo.
− Wierzę panu. I... dziękuję.
− To ja dziękuję.
Stali tak jeszcze przez parę chwil w milczeniu pod błękitną kopułą nieba, spoglądając na siebie nawzajem. W żadnym z tych spojrzeń nie było nienawiści.
Był za to ból i poczucie bezsilności. (...)





ROZDZIAŁ XI - KATIA



(...) Nazajutrz w czytelni oboje udawali, że wczorajsza kłótnia w stołówce w ogóle nie miała miejsca. Derra zdążyła przeczytać kilka stron „Zmartwychwstań” Krestona Falkande z Hellulandu, autora żyjącego w ubiegłym stuleciu, gdy Kimmo przysiadł się do niej bez słowa. Spojrzała na jego rozradowaną twarz.
Chłopak podsuwał jej pod nos duży album przyrodniczy w twardej oprawie, wydany w Sangacji. Świadczyły o tym żywe kolory okładki, ostre zdjęcie wykonane najnowszą techniką cyfrową, przedstawiające jakiś górski krajobraz, i nieskazitelnie biały papier śliskich, szeleszczących kart.
− Spójrz, jaki kąsek dowieźli nam wczoraj – zaczął podekscytowanym głosem. – Aż szkoda, że mnie tu nie było.
Spojrzała jeszcze raz na tytuł. „Tam, gdzie jaśnieją zorze”. Wydawnictwo przygotowane przez grupę zapaleńców, fotografujących przyrodnicze i architektoniczne cuda północnej części Kiramu. Otworzyła album i zaczęła przewracać kartki. W środku królowały najlepszej jakości zdjęcia, okraszone wąskimi kolumnami tekstu w dwóch językach, po angielsku i we Wspólnej Mowie. Lingua latina ludzi i Kiramczyków. Zaczęła czytać, lecz nagle podniosła wzrok i rzuciła jeszcze jedno, tym razem dłuższe spojrzenie na chłopaka. Coś zmieniło się w jego wyglądzie i były to spore zmiany.
− Gdzie masz okulary? – spytała.
− Wyrzuciłem – wzruszył ramionami.
− Jak to wyrzuciłeś? Przecież bez nich jesteś prawie ślepy!
− Przesiadłem się na szkła kontaktowe.
− Czy to oznacza, że wkładasz teraz w oczy takie malutkie soczewki, które zastępują ci okulary?
− Dokładnie tak.
− To musi boleć – mruknęła, wyginając usta w grymasie odrazy dla dziwnych dolegliwości Sangacjan i jeszcze dziwniejszych sposobów ich leczenia.
− Kiedy założyłem je wczoraj po raz pierwszy, było mi z początku trochę nieprzyjemnie, ale do wszystkiego można przywyknąć. Jak podobam ci się bez okularów?
Zanim odpowiedziała, przez chwilę przyglądała się jego twarzy. Źle dobrane okulary bardzo ją szpeciły, przykuwając całą uwagę patrzącego. Kimmo miał ładne, regularne rysy twarzy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i wysokie czoło, z którego raz po raz odgarniał opadające, bardzo jasne włosy. Brak okularów sprawił, że ta twarz, wciąż jeszcze miękka i dziecinna, ukazywała całe subtelne piękno.
− Jest o niebo lepiej. Nie chciałabym cię urazić, ale skóra twojej twarzy również ma się znacznie lepiej.
Przypomniała sobie, że wygląd jego cery poprawiał się stopniowo z dnia na dzień. Zmiany te były drobne i pewnie dlatego dawało się je dostrzec dopiero w dłuższej perspektywie. Wciąż miał krosty, lecz były one dużo mniej liczne, mniejsze i nie tak czerwone jak miesiąc temu.
− Poprosiłem mamę, żeby zabrała mnie do salonu piękności, który odwiedza. Okazało się, że pomagają także mężczyznom. Przeszedłem już kilka laserowych zabiegów, które mają zlikwidować trądzik, a czeka mnie jeszcze co najmniej trzy. Mama kupiła mi tonik i żel do mycia twarzy dla młodzieży. Używam ich regularnie rano i wieczorem. To naprawdę sporo daje.
− Skąd wytrzasnąłeś te ciuchy?
− Matti pomógł mi je wybrać.
Zamiast młodzieżowej bluzy miał na sobie dopasowany, czarny golf z jasnymi, podłużnymi pasami, dodatkowo podkreślającymi wysoki wzrost i smukłość sylwetki. Jego chudość nie podobała się pewnie wszystkim dziewczętom, ale w Derze budziła jedynie zachwyt i czułość. Było coś słodkiego i bezbronnego w takiej sylwetce. Odkąd zaprzyjaźniła się z Kimmo, mężczyźni pyszniący się obfitą muskulaturą zupełnie przestali ją interesować.
Ciemny kolor ubrania świetnie komponował się z jego blond włosami i jasnością cery. Zmienił także dolną część garderoby, zastępując luźne, sprane dżinsy jasnymi spodniami z dobrego gatunkowo materiału, z idealnie odprasowanymi kantami.
To już nie był ten mazgajowaty dzieciak, któremu Katia zatrzasnęła drzwi przed nosem. Kimmo doroślał bardzo szybko. Pomyślała z satysfakcją, że chłopak nie ma innego wyjścia, jeśli chce utrzymać przyjaźń i uznanie Kiramejki. W ciągu tego miesiąca zdążył też nauczyć się bardzo ważnej rzeczy o relacjach międzyludzkich. Tupanie nogami, płacz i wykrzykiwanie swoich żądań nigdy nie są skuteczne, jeśli chce się zdobyć czyjąś uwagę, przyjaźń lub miłość. Nie wątpiła, że Kimmo nigdy już nie będzie uciekał się do takich metod.
− Jeśli zobaczę cię z inną dziewczyną, wydrapię jej oczy.
− Masz za krótkie paznokcie – parsknął śmiechem. Zawtórowała mu radośnie, czując ciepło w sercu. Podobała jej się lekkość, z jaką Kimmo potrafił mówić nawet o najpoważniejszych sprawach.
Pomyślała, że aby wydobyć to, co w człowieku najlepsze, trzeba najpierw wyciągnąć do niego rozwartą w pomocnym geście dłoń, przyjąć go takim, jakim jest, i dać bezinteresowną przyjaźń. Katia tego nie potrafiła. Derra wątpiła, czy jej przybrana siostra kiedykolwiek zrobiła coś bezinteresownie.
Kimmo otworzył album na stronie, gdzie zaczynały się zdjęcia z Entorii. Nie rozpoznawała większości z tych miejsc. Była zbyt młoda, by zobaczyć je wszystkie na własne oczy. Zaczęła czytać podpisy pod zdjęciami. Rezerwat niedźwiedzi w Puszczy Entoriańskiej. Odkrywkowa kopalnia wapienia na Wyżynie Saggaht. Zakole rzeki Serpentynki. Wodospad Siedmiu Sosen wytryskujący ze skały masywu górskiego Skagenleardal.
Wstrzymała oddech z wrażenia, ujrzawszy kolejne zdjęcie. To było z całą pewnością Archad. Pamiętała te jasno otynkowane kamienice z szerokimi oknami. Pamiętała gwarny rynek, gdzie kwitł w najlepsze drobny handel, i wznoszący się dumnie budynek ratuszu miejskiego. Zbierała się w nim kilka razy w roku Rada Starszych Entorii, najwyższe ciało ustawodawcze tego kraju.
Była tam. Zapomniała na chwilę o Sangacji, straciła poczucie czasu i miejsca, zapomniała nawet o Kimmo. Znów miała sześć, może siedem lat. Rodzice zabrali dziewczynki do stolicy, by pokazać małej Derze miasto. Krocząca dzielnie u boku Taty Emana paplała bez ustanku, chcąc popisać się zdobytą w szkole wiedzą. Jasne, siostra Derry zawsze wiedziała wszystko najlepiej. Rozbolały ją nogi i Tata wziął ją na barana. Pamiętała ostry zapach drewna w jego włosach, z których często wyskubywała drobne wiórki. Wreszcie zasnęła ze zmęczenia, złożywszy główkę na jego ramieniu. Bliskość ojca dawała małej Derze poczucie bezpieczeństwa, którym nic nie mogło zachwiać. Był jej światem, pierwszym nauczycielem życia.
Zasnęła na chwilę na jawie, a gdy się przebudziła, Kimmo odwracał kolejną kartę.
− To zdjęcie podoba mi się najbardziej – powiedział. – Dolina Myrr. Byłaś tam kiedyś?
Ta krótka nazwa przywołała jeszcze wyraźniejsze wspomnienia. Patrzyła na uroczą górską dolinę z wznoszącymi się w tle potężnymi, skalistymi szczytami. Jej dnem płynął wartki strumyk, rozpryskując się na obtaczanych i rzeźbionych przez długie wieki kamieniach. Nad brzegami potoku rosła niewiarygodnie zielona trawa i kwitły całymi stadami kaczeńce i krokusy, a samotny świerk zwieszał nad wodą ciężkie gałęzie. Obrazek emanował niebiańskim wręcz spokojem i pięknem.


Zdjęcie: Pixabay (autor Pexels)


Dolina Myrr. To właśnie tam jej gromada rozbijała obóz, gdy przywędrowywali w góry wraz z całym inwentarzem. To tam wysławiano cudowną moc słońca. Myrr było nazwą entoriańską, Kenlacjanie używali na określenie tego miejsca bardziej miękkiego słowa – Mirran. Emocje związane z Doliną Myrr powróciły z siłą, której się nie spodziewała. Poczuła, jak po jej policzku stacza się pierwsza łza, a potem kolejna. Tych łez było wkrótce tak wiele, że przestała liczyć. Szlochała cicho, ukrywszy twarz w dłoniach i nie zwracając uwagi na chłopaka.
− Byłaś – stwierdził cichutko, trochę przestraszony jej reakcją.
Pan Brooks, zauważywszy łzy Derry, szybko zbliżył się do ich ławki. Oparł lewą dłoń o blat, pochylił się nad dziewczyną i zapytał serdecznie:
− Co się stało, Derro? Dlaczego płaczesz?
A kiedy nie odpowiadała, zajęta swoim smutkiem, zadał kolejne pytanie:
− Czy to z jego powodu? Co ci powiedział?
Pokręciła głową, lecz nie zauważył lub nie zrozumiał tego gestu. Odezwał się nieco ostrzej do Kimmo:
− Jeśli zrobiłeś coś, co doprowadziło tę panienkę do łez, to źle trafiłeś, synu. Weź swoje rzeczy i przesiądź się. Najlepiej gdzieś daleko, żebyś nie mógł jej znowu dokuczać.
− Kimmo nie zrobił mi nic złego – odezwała się dziewczyna. – Chcę, żeby został.
− W takim razie co się stało?
Bez słowa pokazała mu zdjęcie. Pochylił się i spojrzał na nie uważnie.
− Dolina Myrr? Nie rozumiem, co może być takiego...
− Niech pan lepiej niczego więcej nie mówi – przerwał cicho Kimmo. – A najlepiej niech pan już sobie pójdzie. Damy sobie radę bez pana.
A kiedy pan Brooks wahał się jeszcze, nie chcąc, by jego ulubienica cierpiała, chłopak dodał ponaglającym głosem:
− Proszę, niech pan sobie idzie.
Kiedy bibliotekarz oddalił się wreszcie, wciąż spoglądając na niego podejrzliwie, Kimmo odwrócił kilkanaście stron i pokazał jej inne fotografie. Przedstawiały one fragment wybrzeża klifowego, a zrobiono je w małym, leżącym na dalekiej Północy państewku o nazwie Akslar. Sądził, że te ładne zdjęcia rozweselą Derrę, ale ona nie chciała oglądać niczego, co przypominało jej utraconą wolność. Zatrzasnęła z hukiem album i siedziała tak w milczeniu, wciąż chowając twarz w dłoniach i płacząc po cichu.
Kimmo nie umiał jej pomóc. Gładził tylko lekko plecy Derry samymi opuszkami palców. Pomyślał o tym, że role właśnie się odwróciły. On płakał, patrząc na zdjęcia dziewczyny, która na zawsze miała pozostać dla niego nieosiągalna, ona rozpaczała, ponieważ przywołano wspomnienia z jej dzieciństwa. Każde z nich musiało uporać się ze swoim bólem samodzielnie. Jemu się to udało, lecz to, co utracił, nie dawało się porównać z tym, co odebrano jej.
Wreszcie uspokoiła się. Wygrzebała z plecaka napoczęte opakowanie papierowych chustek i otarła starannie łzy. Kimmo cofnął rękę, przeklinając w duchu samego siebie za pokazanie jej tej książki. Spojrzała na niego, próbując się uśmiechnąć.
− To jest niesamowite – odezwał się, odwzajemniając uśmiech.
− Co jest takie niesamowite, Kimmo?
− Masz przepiękne oczy. Nigdy wcześniej nie widziałem tak intensywnie zielonych oczu u żadnej dziewczyny. Są koloru soczystej, wiosennej trawy.
       Poczuła, że jej twarz znów płonie, a dłonie leciutko drżą. Dotąd dzieliła wszystkich ludzi na świecie na przyjaciół i wrogów. Teraz powstawała właśnie nowa kategoria, do której należał tylko jeden człowiek. Jej Kimmo.  (...)




ROZDZIAŁ XII - PIERWSZA MIŁOŚĆ



       (...) Zachowanie Kimmo w stosunku do niej uległo wyraźnej zmianie. Gdy zostawali sami, przyglądał jej się nieustannie tym szczególnym wzrokiem, w którym oprócz miłości czaił się głód. Sposób, w jaki ją teraz dotykał, żar w jego cichym głosie, wargi, coraz śmielej ślizgające się po jej odkrytej skórze, ręce, które zamiast obejmować ją jak dawniej po przyjacielsku w talii, zsuwały się wciąż niżej lub unosiły nieco wyżej, usiłując dosięgnąć pełnych i kształtnych piersi, cała jego namiętność budziła w niej sprzeczne uczucia. Z jednej strony przepalało ją coraz bardziej dokuczliwe pragnienie ostatecznego stopienia się z nim w bólu i ekstazie. Chciała czuć go w sobie głęboko, jak najgłębiej, poznać i ukochać po stokroć każdy kawałeczek jego smukłego ciała.
Z drugiej jednak strony nie mogła zlekceważyć obawy, która zalęgła się w jej duszy. Nie umiałaby wytłumaczyć wystarczająco jasno, skąd bierze się to wahanie, ale wiedziała, że jeszcze nie może ulec Kimmo. Cała ta miłość, choć tak piękna, wydawała jej się zbyt łatwa. To było tak, jakby jeszcze nie wydarzyło się dość dużo. Jakby łączyło ich wciąż zbyt niewiele, by umiała zdobyć się na całkowite zaufanie, by mogła być pewna stałości i głębi jego uczucia. Pomimo tego, iż tak bardzo wrosła już w ten kraj, a może właśnie dlatego, nie próbowała zaprzeczać – wzorem bardzo wielu swoich rodaków – tej oczywistej prawdzie, że Kiramczycy i Sangacjanie ogromnie się od siebie nawzajem różnią. Gdyby przyjęła naiwne założenie, że tak nie jest, mogłaby jedynie napytać sobie nowej biedy. Wiedziała, że młodzi Sangacjanie płci męskiej bardzo często tracą zainteresowanie dziewczyną, którą już zdobyli. Że niejednokrotnie celem całej ich „miłości”, wszystkich żarliwych wyznań, troskliwych zabiegów i przyjacielskiej zażyłości jest cielesne połączenie, po którym ogień szybko wygasa, aż nie pozostaje nic oprócz chłodnych węgli.
Nie chciała być drugą Katią, ten rodzaj miłości, w sam raz dla tamtej, w niej budził wstręt. Musiała być pewna wierności Kimmo, zanim zdecyduje się na podarowanie mu siebie do końca. Potrzebowała kogoś, kto wytrwa u jej boku w każdej odmianie losu, człowieka, który zechce stawić wraz z nią czoło każdej burzy, która w jej położeniu nieuchronnie musiała nadejść, kogoś o kiramskiej mentalności, nawet jeśli jego korzenie sięgały Starej Ziemi. Nie chciała szybkiej, uczniowskiej miłości, ale silnego i trwałego związku.
Dlatego sztywniała cała, gdy jego zaloty stawały się zbyt natarczywe. Dlatego odsuwała się od niego lekko lub zaczynała rozmowę, gdy jego dłonie lub usta dotykały miejsc zbyt intymnych. On nie pojmował tej jej rezerwy, sprawiała mu ona zawód i ból zbyt silne, by dało się je ukryć. Wraz z nadejściem ciepłych dni dziewczyna odsłaniała wprawdzie coraz więcej ciała, lecz jednocześnie coraz bardziej zamykała się w sobie. Wtulając twarz w jej pachnące czystością włosy szeptał gorąco:
− Tak straszliwie cię pragnę... Nie uciekaj przede mną, pozwól mi się kochać. Zrobię dla ciebie wszystko, o co poprosisz, tylko mnie nie odtrącaj, Derro, bo oszaleję z rozpaczy.
− Kimmo, przecież ja jestem jeszcze dzieckiem – odparła, wiedząc już, że nie uda jej się uniknąć rozmowy na ten temat.
− Jakim znowu dzieckiem? Jesteś w pełni rozwiniętą kobietą.
− Tak, ale miałam na myśli jedynie to, że ciągle jestem niepełnoletnia.
− A co to ma do rzeczy? – zdziwił się, wyraźnie nie nadążając za jej tokiem myślenia. – Nie możesz głosować, ale nikt nie zabroni ci z tego powodu uprawiania miłości. Każesz mi na siebie czekać jeszcze cały rok?
− Nie rok, a miesiąc – poprawiła go. – Czy wiesz, że w Imperium współżycie z osobą niepełnoletnią jest przestępstwem? Oczywiście, skoro jesteś ode mnie starszy tylko o kilka miesięcy, nikt przy zdrowych zmysłach nie ciągałby cię po sądach.
− Nie obchodzą mnie barbarzyńskie zwyczaje Imperium.
− Jestem Kiramejką – odpowiedziała sucho. – Pogardzając Kiramem, gardzisz mną. Nie uda ci się oddzielić jednego od drugiego, choć wciąż próbujesz to uczynić.
− A więc za miesiąc przestaniesz mnie odpychać?
− Nie. Bo nie tylko o to chodzi. Po prostu uważam, że jestem zbyt młoda, by współżyć. Nie jestem pewna, czy chcę przeżyć ten mój pierwszy raz już dziś. Nie czuję się na to wystarczająco dojrzała – uśmiechnęła się blado, z przymusem. – Nie jestem jeszcze gotowa na taką bliskość, Kimmo. Chcę zrobić to dopiero wtedy, gdy nie pozostanie we mnie nawet cień wątpliwości. Wiek nie ma tu wiele do rzeczy.
− Masz co do mnie wątpliwości? Czyżbym kiedykolwiek dał ci do nich powód? Czy chociaż raz cię skrzywdziłem? Czy byłem w stosunku do ciebie nieuczciwy?
− Nie. Ale to wszystko dzieje się dla mnie zbyt szybko.
− Czyżbyś należała do tych kobiet, które chcą czekać z tym aż do ślubu?
− Nie wiem. Tu chyba nie chodzi o ślub. Ale na pewno nie należę do tych kobiet, które uprawiają miłość z ciekawości, dla rozrywki bądź czystej przyjemności. Albo nawet po to, by za wszelką cenę zatrzymać przy sobie mężczyznę. Dlatego proszę cię, nie naciskaj na mnie, bo niczego dobrego takim pośpiechem nie osiągniesz, a możesz wyrządzić swoim uporem wiele zła.
− Jesteś bardzo skomplikowana – skrzywił się lekko.
− Posłuchaj, nie powinnam była dotykać cię w taki sposób przed dwoma tygodniami. Wiem, że zacząłeś sobie obiecywać po mnie bardzo wiele, ale nie byłam wtedy do końca sobą. Dlatego przepraszam cię za tamto szaleństwo i obiecuję, że więcej się ono nie powtórzy.
− Chcę, żeby się powtórzyło – odparł z naciskiem. – Byłaś w tamtej chwili wspaniała, niezrównana. W twoich żyłach płynie gorąca krew, a nie ta rozrzedzona kiramska woda, którą chciałoby w ciebie wpompować twoje ukochane Imperium. Dlaczego zaprzeczasz własnej naturze? Tym bardziej nie rozumiem twojej ucieczki przede mną, skoro wiem, że jako Kiramejka nie możesz zajść ze mną w ciążę.
− A więc uważasz, że skoro nie możemy mieć wspólnych dzieci, powinniśmy pozwolić sobie na wszystko? Nie rozumiesz mnie w ogóle, Kimmo. Cielesna miłość to coś więcej niż płodzenie dzieci. A na pewno ja nie sprowadzam jej tylko do poczęcia. Kiedy zdecyduję się być z drugim człowiekiem tak blisko, skoczę potem dla niego w ogień, ale będę także oczekiwała, aby i on był w stanie poświęcić dla mnie wszystko.
− Oddałbym ci wszystko, co mam!
− Kiedy? Przed współżyciem czy w jego trakcie? A po nim też? Po pierwszym, drugim razie? A po setnym także? Nie, Kimmo, ja nie wiem, jak wiele mógłbyś mi oddać. Nie znam jeszcze siły twojego uczucia, bo nie wypróbowaliśmy się nawzajem. Na razie stąpamy po różach, ale kiedy wyrosną kolce, czy nic się nie zmieni?
− Moja miłość do ciebie nigdy się nie zmieni. Przysięgam na wszystko, co dla mnie drogie!
− Nie przysięgaj. Nie potrzebuję tego.
− Jak mam ci udowodnić, że nie kłamię?
− Daj mi więcej czasu. Pozwól, by ta miłość przeszła jego próbę. Pozwól nam obojgu dorosnąć i być gotowymi na zespolenie nie tylko fizycznie. Czy żądam za dużo?
− Nie – pokręcił z namysłem głową. – Może masz rację. Dobrze, w takim razie poczekamy tyle, ile będziesz chciała. Czy to przekonuje cię choć trochę o mojej uczciwości względem ciebie?
− Kocham cię, Kimmo. Nigdy o tym nie zapominaj. Kocham cię i chcę wierzyć, że nic nie zdoła nas rozłączyć. Ale muszę stawiać kolejne kroki we własnym tempie.
− Będę stawiał je razem z tobą choćby w tempie żółwia – uśmiechnął się nieco smutno, ale i czule. Tak, jak uśmiechał się już do niej nieskończoną ilość razy. Zamknął ją ponownie w uścisku, który był w równym stopniu przyjacielski, jak i namiętny. Wtuliła twarz w jego pierś, czując pod powiekami piekącą wilgoć.
Dwudziestego czerwca Kimmo zjawił się u niej bardzo wcześnie, jeszcze przed wyjściem do szkoły – nie musiał ściągać jej z łóżka, ponieważ nie spała od kilku godzin – z bukietem złożonym z siedemnastu białych róż, do którego przypiął kolorową kartkę z dowcipnym obrazkiem na jednej stronie i z odręcznie wpisanymi życzeniami i wyznaniem miłości na drugiej.
− Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Derro – zaczął z szerokim uśmiechem.
− Pamiętałeś! – zawołała z gwałtowną, niemal dziecięcą radością, zarzucając mu ramiona na szyję i mocno się do niego przytulając.
− Ostrożnie, nie pognieć kwiatów – bronił się ze śmiechem. – Jak mógłbym zapomnieć? Przecież skoro właśnie dziś stajesz się w swoim mniemaniu pełnoletnia, to może zdecydujesz się nareszcie przeżyć ze mną tę cudowną chwilę, na którą czekam z tak wielkim utęsknieniem.
Odebrała od niego róże, włożyła je do flakonu, który postawiła następnie na ławie. Obok posadziła białego, pluszowego psiaka ze złotym dzwoneczkiem na szyi, którego dostała od niego przed miesiącem.
− Po pierwsze, tak naprawdę nie skończyłam jeszcze siedemnastu lat – zaczęła. – Urodziłam się w nocy z pierwszego na drugiego, więc dopiero jutro rano będę pełnoletnia.
Pewne rzeczy ulegały dla niej zmianie bardzo powoli lub może nawet nie ulegały jej wcale. Ten czas to wciąż był początek Eleasias, a nie koniec czerwca.
− Po drugie, nie w moim mniemaniu, ale według porządku prawnego obowiązującego w całym Imperium. W moim kraju także. Po trzecie, jedno nie ma z drugim nic wspólnego. Wciąż nie czuję się gotowa na to, by z tobą współżyć.
Kiedy późnym wieczorem siedzieli znów u niej w pokoju, słuchając muzyki i rozmawiając o wszystkim, co im się przydarzyło, a niemal nie zachodzące o tej porze roku słońce kryło się właśnie za jednym z sąsiednich kolosusów, odezwała się niespodziewanie cichym głosem:
− Kimmo, pomódlmy się.
Na jego ładnej twarzy odmalowało się ogromne zdumienie, które z kolei zaskoczyło Derrę. Nie zaproponowała mu przecież niczego niewłaściwego, a tylko to, co sama wciąż robiła prawie każdego wieczoru przed zaśnięciem, a powinna czynić codziennie. Tylko to, co powinno być obowiązkiem każdego przyzwoitego Kiramczyka.
− Modlisz się czasami? – spytała.
− Bardzo rzadko – pokręcił głową. – Pochodzę wprawdzie z katolickiej rodziny, ale nie jestem szczególnie wierzący. Moi rodzice chodzą do kościoła w każdą niedzielę, a ja przestałem. Uważam religię za zabobon, z którego prędzej czy później trzeba wyrosnąć.
− Wiara to nie zabobon – odparła poważnie, z naciskiem. – Wielki Duch, albo jak wy Go nazywacie, Bóg, istnieje naprawdę. Stworzył świat i wszystko, co się na nim znajduje, łącznie z nami, a kiedy odejdziemy z tego miejsca, które nazywamy Kiramem, będziemy mogli oglądać Go twarzą w twarz.
− To, o czym mówisz, to jest właśnie kwestia wiary. Jednym jest ona dana, innym nie. Jeśli chodzi o mnie, to mam raczej naukowy światopogląd. Prawa rządzące wszechświatem można poznać i dokładnie opisać. Nie potrzeba do tego wyssanych z palca wierzeń, które zastępują prymitywnym ludom naukę. Urodziła mnie mama, a Bóg nie maczał w tym palców – zaśmiał się śmiechem, który niezupełnie jej się spodobał. – Chyba nie jestem owocem niepokalanego poczęcia, prawda?
− Nie wiem, o czym mówisz – odparła nieco urażona. – Wiem za to, że dzisiejszy dzień jest w szczególny sposób poświęcony Wielkiemu Duchowi. Jego moc objawia się w tym dniu apogeum poprzez moc słońca.
− No nie, Derro – skrzywił się kwaśno chłopak. – Zaskakujesz mnie coraz bardziej. Nie wiedziałem, że pielęgnujesz jakiś barbarzyński kult solarny.
− Nigdy nie chciałeś o tym słuchać – odpowiedziała jeszcze ciszej. W jej głosie przyczaił się ból, którego nie umiała ukryć. – Jak chcesz ze mną żyć, nie wiedząc o mnie najważniejszych rzeczy i pogardzając nie tylko korzeniami, z których wyrosłam, ale nawet własnymi? Czyżbyś ufał tylko matematycznym wzorom?
− Ufam temu, co można zobaczyć albo przynajmniej udowodnić.
− Proszę, pomódl się ze mną.
− Koniecznie teraz?
− Tak. To jest wyjątkowy dzień i Wielki Duch na pewno nas wysłucha.
− Dobrze, ale do czego mamy się modlić? Nie widzę tutaj żadnych religijnych obrazów ani nawet krzyża na ścianie.
− Nie gromadzę w pokoju posążków katolickiego kultu, bo to nie jest moja wiara. Boga nie da się zamknąć w jakimkolwiek przedmiocie, ponieważ Jego istota jest nie do pojęcia i nie do uchwycenia. My, Entorianie, nie malujemy i nie rzeźbimy Jego podobizn, bo uważamy, że On jest wszędzie: w stałości ziemi, w firmamencie niebie, w falach morza, w oddechu wiatru, w blasku słońca i gwiazd, w kiełkującym zbożu, nawet w nas samych. Najlepiej będzie, jeśli pomodlimy się do tego jedynego skrawka natury, jaki widać z tego miejsca. Zwróćmy się do Niego z naszymi prośbami patrząc na lazur nieba i słoneczną tarczę. O, Kimmo, jeśli cokolwiek na tym świecie oddaje choćby w małej części wspaniałość Wielkiego Ducha, to właśnie słońce jest tym czymś.
− Wasza wiara jest ciekawym połączeniem kultu sił natury i religii monoteistycznej, wiedziałaś o tym?
− Klęknij obok mnie. Poproszę Go o to, czego nam potrzeba.
Osunęła się na kolana, zwracając się twarzą w kierunku rozjaśnionego całkowicie okna. Chłopak poszedł w jej ślady. Zaczęła mówić:
− Wielki Duchu, wysłuchaj naszej pokornej modlitwy. Boże, wspomóż nas Twoją siłą w naszych potrzebach.
Użyła najpierw słów Mene Assai, oznaczających Stwórcę we Wspólnej Mowie, przechodząc następnie na angielski i zastępując egzotyczne dla chłopaka wyrażenie znajomym słowem God.
− Dziękujemy Ci z całej mocy naszych serc za naszą miłość i młodość. Dziękujemy Ci za całe piękno świata i za wszelkie dobro, którym nas obdarzasz. Prosimy Cię o to, byś umocnił nas i pozwolił wytrwać we wzajemnej miłości i czystości. Spraw, byśmy poprzez zespolenie naszych ciał nauczyli się wychwalać Twoją nieskończoną mądrość, w której pozwalasz ludziom doznawać szczęścia, i byśmy nie zbłądzili w ślepą uliczkę bezmyślnego zaspokajania żądz. Ześlij nam obfitość swoich łask i wspomagaj w codziennych trudach. Pobłogosław nas i nasze rodziny. Spraw, byśmy za rok zanosili do Ciebie dziękczynienia i błagania z równie wielką wiarą i ufnością.
Kiedy umilkła, wpatrując się w rąbek kryjącego się za wysokim budynkiem słońca, Kimmo zaczął mówić delikatnym i drżącym głosem słowa wyuczone w dzieciństwie:
− Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja... (...) 




niedziela, 6 października 2019



Córka słońca. Zderzenie światów” - premiera



Nadchodzi w końcu zapowiadana od wielu miesięcy i bardzo już opóźniona książkowa premiera, czyli „Córka słońca. Zderzenie światów”, na razie jedynie w postaci e-booka 😊

Powieść tę nazywam czasami flagową, czyli najbardziej znaczącą w mojej dotychczasowej pisarskiej pracy, oraz monumentalną, ze względu na jej objętość. Gdybym chciała wydać ją jako jedną publikację, liczyłaby ona ok. 1000 stron. Z tego względu podzieliłam tekst na trzy mniej więcej równe części, ukazujące odmienne etapy w życiu bohaterów.

Czytelnik pozna więc alternatywny świat Kiramu, zamieszkany przez humanoidalne istoty łudząco podobne do nas. Celowo używam słowa „łudząco”, ponieważ Kiramczycy z całą pewnością 

n i e   s ą ludźmi. Całość akcji rozgrywa się na przestrzeni zaledwie sześciu lat, zaś najważniejsze wydarzenia, które ukształtowały bohaterkę już na resztę życia, skumulowały się w ostatnim roku, gdy przeistacza się ona z dziecka w młodą kobietę.


Derra Amno, wywodząca się z kraju zwanego Entorią, w wieku dwunastu lat staje się przedmiotem pewnego wątpliwego pod względem etycznym eksperymentu, prowadzonego przez wpływową organizację militarną. Zostaje porwana i zmuszona do życia w Sangacji, zaawansowanym technicznie kraju zamieszkanym przez potomków Ziemian. Musi nauczyć się nowego języka i przyswoić cały ogrom wiedzy. Jej opiekunami zostaje typowe sangackie małżeństwo, posiadające dwoje własnych dzieci. Niestety z Sangacji nie ma ucieczki, choć Derra podejmuje kilka desperackich prób. W końcu w jej życiu pojawia się miłość, i właśnie ona byłaby w stanie zatrzymać Entoriankę na nowym miejscu i sprawić, by zapomniała o dawnej ojczyźnie. Szczęściu młodych przeszkodzi jednak tragiczny finał, któremu nikt nie był w stanie zapobiec.

W książce spotkamy całą plejadę barwnych postaci, reprezentujących w skrócie przekrój sangackiego społeczeństwa. Są ludzie bez reszty oddani ideologii wyższości rasy ludzkiej nad kiramską, gotowi zabijać w jej imię. Wyjątkiem jest tutaj Aldorent Morrison, który skrycie, 

a niekiedy prawie całkiem otwarcie sympatyzuje z „wrogiem”. Są dwie typowe sangackie rodziny, w których kobiety zajmują się tylko domem i dziećmi. Jest młodzież, na pozór zbuntowana, która po okresie burzy hormonów potulnie wejdzie w buty poprzedniego pokolenia. Są „czarne owce” takie jak Jeannie Rogers, przedkładająca pracę i pasje ponad założenie rodziny. Są też ludzie bez szemrania wykonujący wszelkie polecenia zwierzchności, niezdolni do dokonania choćby najdrobniejszego wyłomu w systemie.


Warto, by czytelnicy zdawali sobie sprawę, że książka – jako trzytomowa całość – jest nieco nierówna. Powstawała ona w sumie przez ok. osiem lat, pierwsze sześć rozdziałów napisałam 

w końcówce studiów. To jest właśnie ta trochę słabsza część, na szczęście solidna korekta dużo tutaj pomogła. Pierwszy rozdział został okrojony do mniej więcej 1/3 pierwotnej objętości, a to, co odrzuciłam, były to niemal same opisy i garść faktów o Kiramie, niewiele wnoszących do fabuły książki.

Potem na wiele lat odłożyłam tę opowieść i wróciłam do niej, wchodząc w czwartą dekadę życia. Od tego momentu tworzenie poszło już jak z płatka 😄 Dokończyłam ten obszerny tekst 

w zaledwie rok, niemalże „zamieszkując” w Kiramie, dlatego poziom pisania rośnie, a akcja mocno nabiera rozpędu. Warto więc uzbroić się w cierpliwość i nie poddawać, bo może spotkać Was niejedna przyjemna niespodzianka.

Jest to już zresztą trzecia wersja „Opowieści z Kiramu”, jak zamierzam nazwać cały cykl, o ile uda mi się go kiedyś ukończyć. Dwie pierwsze odrzuciłam jako infantylne i za mało dojrzałe. Aktualna wersja jest tą właściwą i nie będzie ulegać znaczącym zmianom, choć oczywiście jestem przygotowana na krytykę.

Jeśli spojrzymy na tę pierwszą część tej książki z głębszego, psychologicznego punktu widzenia, to ujrzymy, że jest to opowieść o buncie totalnym, niezgodzie na zastaną rzeczywistość, niekoniecznie ograniczającą się do okresu młodości. Derra podważa niemal wszystkie zasady, 

w myśl których Sangacjanie zorganizowali sobie życie. Funkcjonuje w systemie, ale nie jest jego częścią. Entoria żyje już tylko w jej wspomnieniach, staje się powoli czymś nierealnym, jakby pięknym snem… A może zawsze była tylko snem? Może dziewczyna wymyśliła ją sobie, nie mogąc znieść jedynej istniejącej rzeczywistości miejskiej dżungli Derbachii…?

Przeczytałam gdzieś, że wszystkie baśnie, w których królewicz lub księżniczka zostają porwani 

od rodziców i wychowani przez prostych ludzi, mówią tak naprawdę o jednej i tej samej rodzinie. Z tym, że ta pierwsza – królewska – jest tylko idealizacją tworzoną przez dziecko, a ta druga jest prawdziwa. Jest tym, co dziecko widzi po dojściu do wieku rozumu, gdy rodzice spadają 
z piedestału. Tak więc rodzina Amno i rodzina Carradine to byłaby w tej powieści t a  s a m a rodzina, tylko czas byłby inny. Oczywiście jest to luźna interpretacja, idąca o wiele za daleko. 


W tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować Hance Kos (to pseudonim) oraz pewnej młodej artystce, która wykonała okładkę do tej książki 💗😊🌹
Bez Waszej pomocy „Córka słońca” nie byłaby tak piękna. Przy okazji zachęcam do obejrzenia prac rysowniczki na jej profilu na Instagramie art_and_cactus.








Ponieważ muszę wykonać dużą część redakcji książki od nowa, całość w postaci e-booka powinna pojawić się w końcówce października. Będzie ona dostępna w cenie 10 zł, postaram się również wstawić publikację do jak największej liczby księgarń internetowych, z myślą o tych czytelnikach, którzy nie lubią wpłacać pieniędzy na prywatne konta i wolą kupić coś „zwyczajnie” w sieci 😉

A ponieważ wiem, że wiele osób nie ucieszy się z e-booka, przewiduję także druk tej książki Chciałabym zrealizować tylko jeden nakład, w liczbie 50-60 egzemplarzy. Dojdzie on do skutku, jeśli uda mi się zebrać min. 40 zamówień na książkę w cenie 25 zł za egzemplarz oraz zgromadzić przynajmniej część tej kwoty w przedsprzedaży, ponieważ najpierw będę musiała zapłacić za projekt okładki – samodzielne wykonanie okładki na potrzeby wersji drukowanej przerasta moje możliwości. Pozostałe egzemplarze trafią do Biblioteki Narodowej i Jagiellońskiej, a także do bibliotek w regionie, jako zakup bądź w darze, oraz całkiem za darmo do młodej rysowniczki.

Możecie więc zamawiać drukowane egzemplarze już od tej chwili lub ostrzyć sobie zęby na tańszy e-book.


Zapraszam do lektury czterech pierwszych rozdziałów całkiem za darmo 😊
Publikację znajdziecie na grupie Nasza poezja i proza (link w prawej kolumnie) lub na moim profilu na Facebooku.






wtorek, 6 sierpnia 2019


Czerwcowo-lipcowy numer Nowej Weny


Przedstawiam Wam pierwszy, a w zasadzie szósty, licząc od startu projektu, czerwcowo-lipcowy numer Nowej Weny, następczyni i młodszej siostry wciąż wspominanej z lekkim rozrzewnieniem Weny.

Jest to pismo o zdecydowanie węższej tematyce, które będzie wydawane wyłącznie w formie elektronicznej. Pismo, któremu przypadła w udziale rola przede wszystkim biuletynu reklamowego i wsparcia dla Wydawnictwa Inspiracje, lecz prezentujące dla urozmaicenia twórczość przynajmniej jednego autora innego niż ja sama i przynajmniej jedną recenzję obcej książki.




Można je pobrać z grupy na Facebooku o nazwie Nasza poezja i proza, której jestem administratorką (link w prawej kolumnie), a także kilku innych literackich grup. Będzie ono również dystrybuowane drogą mailową i poprzez prywatne wiadomości na Messengerze, znajdzie się też na serwisach rw2010.pl i ebookpoint.pl.


A co w numerze? Otóż będzie on poświęcony w pierwszym rzędzie powieści mojego autorstwa pt. Vaira i znajdziecie w nim:

- krótką prezentację książki i kilka ciekawostek na jej temat,
- obszerne fragmenty tekstu, stanowiące główną zachętę do zakupienia całości,
- pięć recenzji „Vairy, pióra bardzo różnych osób,
- sylwetkę i twórczość poetycką Luizy Borkowskiej-Ziółkowskiej, artystki pochodzącej z Radomia, a obecnie związanej z Dęblinem i powiatem ryckim,
- recenzję książki Aleksandra Sowy „Gwiazdy Oriona, jednej z części słynnej już serii astronomicznej (recenzja znajdzie się również na mojej grupie i na blogu),
- fotorelacje z trzech majowych spotkań autorskich z moim udziałem,
- felieton z cyklu „Myśli z literackiego (pół)światka, prezentujący moje spojrzenie na twórczość literacką i ogólnie świat,
- konkurs, w którym będzie można otrzymać papierowy egzemplarz „Vairy.


Osoby zainteresowane Nową Weną proszę o podanie adresu e-mail do wysyłki lub zaproszenia mnie do znajomych na Facebooku i powiadomieniu o chęci otrzymywania magazynu.

Zapraszam do lektury i życzę wiele przyjemności z niej 😊