czwartek, 31 maja 2018


Fragmenty powieści, cz. 4



ROZDZIAŁ 5
PIEŚŃ RÓWNIN

(…) Nareszcie zaczynam rozumieć. Zawsze obwiniałem tylko Luizę, a przecież większość nieszczęść wynikła z mojego zaślepienia. Czuję, jak pod powiekami zbierają mi się łzy smutku, ale i wdzięczności dla dziewczyny ze wzgórz, za to, że nareszcie przestałem odrzucać niewygodną dla siebie prawdę. Ta prawda już mnie nie poniża, ale wyzwala. Nie próbuję tych łez hamować. Przed Vairą nie muszę zgrywać twardziela.

– Ona obudziła się pierwsza. Przerwała farsę, która zniszczyłaby wam obojgu życie – mówi dalej Vaira. – Kosztowało ją to mnóstwo wysiłku i bólu. Oczywiście ty znów przyjąłeś rolę ofiary, z niej robiąc nieczułego potwora. Pozwól jej żyć własnym życiem, Arkadiuszu. Pozwól jej wreszcie odejść, również z twojej głowy.
– Naprawdę cierpiałem – szepczę przez łzy. – Nie umiałem bez niej żyć. Byłem tylko połową ludzkiej istoty.
– Wiem – głos Vairy jest teraz nadzwyczaj łagodny. – Wiem, mój biedaku. Ale od dziś będzie inaczej. Uczynię cię znów niepodzielną całością. Nauczę cię kochać bez zatracania samego siebie.
– Ale czy musiało tak być? Tak strasznie źle? Czy naprawdę nie istniała dla nas żadna lepsza wspólna droga?
Kręci powoli głową. Słomiane włosy sypią się przy tym na wszystkie strony z prawie słyszalnym szelestem.
– Być może udałoby się wam przezwyciężyć egoizm – odzywa się wreszcie. – Tak, myślę, że wasze małżeństwo mogłoby wyglądać inaczej. Gdybyście bardziej się pokochali, tak naprawdę pokochali, moglibyście być razem bardzo szczęśliwi. Ale ty musiałbyś trochę zmniejszyć nacisk, a ona musiałaby przestać przed tobą uciekać.
Mam nadzieję, że Vaira pokaże mi tę drugą, piękną przyszłość. Ale ona nie ma zamiaru tego robić. Odwraca głowę w lewo, gdzie do tej pory była tylko pustka. Teraz rozgrywa się tam jakaś scena, a raczej trzy obrazy nakładają się na siebie tak ściśle, że nie mogę ich rozdzielić. W końcu moja percepcja przyzwyczaja się do tej troistości. Obserwuję trzy rzeczywistości jednocześnie i jakiś w niepojęty sposób po kolei. Jest to jedna z tych rzeczy, których nigdy nie będę nawet próbował zrozumieć.
Na pierwszym obrazie widzę Gwen. Miała wypadek na jakiejś polnej drodze. Musiała uderzyć w jedno z rosnących na poboczu drzew, bo jego pień głęboko wrzyna się w zgnieciony na miazgę przód agili. Samochód wisi w powietrzu, podtrzymywany przez konar, który przebił przednią szybę i teraz tkwi w środku, podpierając dach. Zauważam nagle, że gałąź jest nadłamana i może pęknąć w każdej chwili. Tylne koła opierają się o grunt, ale jest to bardzo niepewny punkt oparcia, ponieważ agila wciąż się chybocze, grożąc gwałtownym upadkiem.
Dziewczyna leży pod samochodem. Nie mam pojęcia, dlaczego się tam znalazła. Po prostu tkwi pod vauxhallem, ryzykując przygniecenie dziewięcioma setkami kilogramów ciężaru miejskiego auta. Zastanawiam się, dlaczego nie próbuje się stamtąd wyczołgać, zanim konar się złamie i agila straci ostatnią podporę, ale wtedy spostrzegam, że jedna z jej nóg jest nienaturalnie wygięta, jak u szmacianej lalki, a spod skóry przebija biel kości. Trudno poruszać się z otwartym złamaniem, bo każde przesunięcie tej nogi musi sprawiać Angielce potworny ból. Pozostaje jej więc czekanie, aż ktoś wyciągnie ją spod samochodu. Wyraźnie widzę spływające po policzkach Gwen łzy i całą twarz wykrzywioną grymasem cierpienia i strachu. Mam chęć natychmiast rzucić się dziewczynie na pomoc, lecz obraz nagle znika, zastąpiony przez drugą scenę.
Jest ona nie mniej koszmarna. Widzę Maję w jakimś lesie, otoczoną trójką rozzłoszczonych wilków. Indianka złapała się w pułapkę sieci, jakiej dzicy używają do polowania na duże zwierzęta i wrogów. Ta sieć zwisa z grubej gałęzi rozłożystego dębu, trzymając się na jednym, niepewnym węźle. Dziewczyna jest na razie bezpieczna, ponieważ pułapka znajduje się wystarczająco wysoko, by bestie nie zdołały do niej doskoczyć. Maja nie ma żadnej broni, nawet scyzoryka. Byłaby bezpieczniejsza, gdyby nie miotała się wściekle w sieci, bujając nią na wszystkie strony i poluzowując węzeł. Zaczynam się zastanawiać, kiedy siatka ześliźnie się z konara i wraz z dziewczyną spadnie na ziemię, wydając Maję na łup wilczych kłów.
Spoglądam na twarz Indianki. Maluje się na niej strach, ale także niepohamowana wściekłość. Maja zawsze była taka niezależna, taka samodzielna i odważna. Radziła sobie z życiem w pojedynkę, nie szukając pomocy i ochrony u mężczyzn. Ta sytuacja musi więc być dla niej podwójnie przykra. Bo teraz z całą pewnością potrzebuje czyjejś pomocy. Nie zdoła zabić trzech dorosłych wilków gołymi rękami.
Gdybym miał broń, natychmiast rozprawiłbym się z bestiami. Nie jest mi to jednak dane, ponieważ najpierw muszę zaznajomić się z trzecim obrazem. Tym razem widzę pustynię i czołgającego się po piasku człowieka. Kiedy przyglądam mu się uważniej, rozpoznaję Kirjo. Jedynym odzieniem starego Dahla jest brudna przepaska, obwiązana wokół bioder. Myślę przelotnie, że nigdy do tej pory nie widziałem Kirjo nagiego, i czuję nagłe zażenowanie. Całe ciało Indianina pokrywają ropiejące wrzody, które muszą sprawiać mu wielki ból. Ten widok przywodzi mi na myśl trąd, tajemniczą chorobę, która kojarzy mi się głównie z czasami biblijnymi i Bliskim Wschodem.
W tamtych dwóch przypadkach znałem rozwiązanie, teraz nie mam pojęcia, jak mógłbym pomóc Kirjo. Nie znam się na leczeniu rzadkich chorób. Zanim jednak wpadnę w rozpacz, obraz znika. Znów stoję na wąskiej dróżce, zawieszonej pomiędzy dwoma światami. Tym z przyszłości i tym, w którym moim przyjaciołom grozi śmierć. Wiem, że Vaira stoi tuż za mną, więc odwracam się w jej stronę i krzyczę, przepełniony niepokojem:
– Co im zrobiłaś!? Natychmiast ich uwolnij, słyszysz!?
Wtedy postać Vairy urasta do niewiarygodnych rozmiarów. Jej twarz wypełnia teraz całe niebo, otaczając mnie ze wszystkich stron. Cała rzeczywistość jest Vairą, a może to ona jest całą moją rzeczywistością. Jej oczy są teraz czarne, niewiarygodnie czarne, jak czarna dziura. Gdybym wpadł w któreś z nich, już nigdy bym się nie wydostał.




Źródło obrazu: na-pulpit.com


Kiedy się odzywa, jej głos jest potężny jak burza, jak dźwięk spiżowego dzwonu. Już nie jest dziewczyną, ale boginią na podobieństwo greckiej Hery.

– Ja bardzo wiele mogę, Arkadiuszu. Jeśli tylko chcesz, zmienię twoją przeszłość. Sprawię, że twoje życie potoczy się dokładnie tak, jak sobie zaplanowałeś. Stworzysz z Luizą rodzinę, którą ci przed chwilą pokazałam. Powiedz tylko słowo, a tak się stanie.
– Czy będziemy szczęśliwi? – pytam. To dziwne, ale nie odczuwam już lęku o siebie. Przejmuję się tylko losem uwięzionych przez Vairę przyjaciół.
– Obie wersje przyszłości są możliwe. Powiedziałam ci, że zależałoby to tylko od was dwojga. Nawet ja nie umiem powiedzieć, co się na pewno wydarzy. Wiem tylko, co może się zdarzyć, jeśli zostaniecie razem.
Popatruję jeszcze raz w prawo. Kobieta zajęła się przeglądaniem jakichś papierów, a mężczyzna na powrót utkwił wzrok w ekranie telewizora. Formalnie stanowią małżeństwo, ale tak naprawdę są dla siebie obcymi ludźmi. Kręcę z dezaprobatą głową. Nie chcę żyć w taki sposób. Ta przyszłość jest zbyt niepewna, zbyt kapryśna, bym odważył się zawierzyć swój los tak wątłej nadziei.
– Ale nie dam ci szczęścia za darmo – głos Vairy staje się lodowaty i zupełnie pozbawiony emocji. Bezwzględność tej istoty z pewnością wprawiłaby mnie w zdumienie, gdybym nie był tak bardzo zaciekawiony, jakiego to targu Vaira próbuje ze mną dobić. – Będziesz miał upragnioną rodzinę, ale w zamian musisz poświęcić życie tamtej trójki.
– Jak to!? – krzyczę ze zdziwieniem. – Przecież sama mówiłaś, że Dahla nie są żywymi ludźmi, więc jak mogą umrzeć?
– Zgadza się, nie są żywi w biologicznym sensie tego słowa. Pomimo to ich istnienie może się skończyć. Jeśli im nie pomożesz, ta dwójka na zawsze wypadnie ze strumienia czasu. Zaś twoja przyjaciółka Gwen umrze naprawdę. Nie tylko w Nerelii, ale także w twoim świecie.
– Naprawdę mogłabyś ich zabić?
Okrucieństwo Vairy z trudem mieści mi się w głowie. Nie ma już dziewczyny, która karmiła mnie nad strumieniem owocami. Jest tylko niewyobrażalnie potężna, groźna, nienazwana siła. Kiedy Vaira odzywa się ponownie, jej głos jest jeszcze bardziej obojętny i zimny, jakby nie było w niej nawet krzty współczucia:
– Wszyscy troje są w Nerelii cieniami, a ci tutaj są tylko cieniami cieni, odległym obrazem istot, do których się przywiązałeś. Ale jeśli zginą tutaj, rozpłyną się w nicości także tam. Nie rozumiem, dlaczego się wahasz, Arkadiuszu. Oni są dla ciebie nikim. Nigdy nie spotkałbyś Gwen, gdybyś pozostał w swoim świecie. Nie musisz ratować obcej kobiety. Jeszcze mniej powinieneś się przejmować tamtą dwójką. Przecież ludzie często odwracają się od wytworów własnej fantazji.
– Oni są moimi przyjaciółmi! Nie będę umiał bez nich żyć! – krzyczę z rozpaczą, jakby moje słowa mogły choć trochę zmiękczyć kamienne serce Vairy.
– Więc cenisz ich wyżej niż własną żonę i dzieci? Przekreślisz swoje prawdziwe życie, żeby ratować cienie?
– Nie wolno ci ich krzywdzić! Zabij mnie, jeśli chcesz, tylko pozwól im odejść!
– A gdybym obiecała ci, że Luiza wreszcie cię pokocha i wasze małżeństwo będzie rajem na ziemi? Czy wtedy poświęciłbyś swoje młodzieńcze urojenia?
Spoglądam znów w prawo. Scena zmieniła się tym razem nie do poznania. Kobieta siedzi na kolanach mężczyzny i gładzi go po twarzy, szepcząc coś czule. On – czyli moje starsze wcielenie – delikatnie pieści Luizę, napawając się bliskością ukochanej. Oboje nie widzą świata poza sobą nawzajem.
I nagle już wiem, co powinienem zrobić. Muszę zdążyć, zanim się rozmyślę. (...)






Fragmenty powieści, cz.3 



ROZDZIAŁ 5
PIEŚŃ RÓWNIN

(…) Wciąż czuję lekki zawód, jednocześnie tajemniczy głos podszeptuje mi, że ta sprawa nie jest jeszcze skończona. Dlatego na razie odpuszczam. Niespodziewanie Vaira zapomina całkowicie o niedawnym smutku i podnosi się sprężyście. Jej oczy mocno błyszczą, a na wargach zastyga zagadkowy, nieco nieobecny uśmiech.
– Jeśli chcesz, pokażę ci, jak naprawdę wygląda Nerelia – mówi.
Być może robi to tylko po to, by wynagrodzić mi tamtą odmowę. Pomimo to moje serce zaczyna natychmiast uderzać jak szalone. Zrywam się prędko z trawy i próbuję coś powiedzieć, lecz zdumienie i radość są zbyt wielkie, bym mógł wykrztusić choćby jedno sensowne zdanie.
– Jeśli się boisz, nie będę cię zmuszać do przyjęcia prawdy – dodaje, źle odczytawszy moją ekscytację. – Naga rzeczywistość najczęściej okazuje się zbyt raniąca dla ludzi z waszego wymiaru.
– Nie – kręcę pospiesznie głową, bojąc się, że za chwilę wycofa się całkowicie ze złożonej propozycji. – Niczego przede mną nie ukrywaj. Proszę, powiedz mi wszystko. Z tobą nie muszę się niczego bać. Przecież nie pozwolisz, by spotkała mnie jakakolwiek krzywda.
Uczepiłem się tych słów jak mantry, by nie dopuścić do siebie nawet cienia podejrzenia, że sprawy mogą wyglądać znacznie gorzej. Zaczynam się trochę bać, lecz konsekwentnie odsuwam od siebie lęk i nieufność, by miłość do Vairy mogła zawsze zwyciężać.
– Nie oszczędzaj mnie – powtarzam. – Chcę poznać prawdziwą Nerelię. Teraz.
– Dobrze – kiwa głową. – Niech tak będzie. Patrz, Arkadiuszu.
Odsuwa się ode mnie o parę kroków i powoli rozkłada ramiona, a następnie wysoko je unosi. Rękawy jej szaty zsuwają się do samego końca, odsłaniając ładne, dziewczęce ciało. Te ręce są jak skrzydła wielkiego ptaka, który szykuje się do lotu. Wyraźnie widzę czerwony kwiat na przedramieniu, tajemnicze znamię dziewczyny, jakby większe i ciemniejsze. Oczy Vairy gwałtownie zmieniają kolor, stając się z niebieskich prawie czarne. Po raz pierwszy jestem świadkiem tej przemiany i nie umiem powstrzymać okrzyku przerażenia.
Krajobraz wokół nas znika. Zastępuje go nieskończona, jednakowa we wszystkich kierunkach, opalizująca przestrzeń, bez najdrobniejszej ciemnej plamki. Mam wrażenie, jakby moje stopy opierały się na czymś twardym, chociaż nie widzę żadnego podłoża. Nade mną i pode mną jest tylko ta perłowa otchłań. Próbuję zrobić krok do przodu i nagle zaczyna mi się kręcić się w głowie. Ludzkie zmysły muszą mieć jakiś punkt odniesienia, bo inaczej wariują. Nie jesteśmy przystosowani do funkcjonowania w niezmiennym, bezgranicznym eterze. Podobnie muszą czuć się kosmonauci po opuszczeniu po raz pierwszy bezpiecznego schronienia statku.
Zaciskam mocno powieki i kurczowo chwytam się jedynego materialnego obiektu, który pozostał z niedawnego bogactwa Nerelii. Obejmuję Vairę z całej siły, tuląc rozpaczliwie twarz do jej piersi. Słyszę równe, spokojne bicie serca ukochanej i nabieram trochę otuchy. Ten dźwięk najpierw jest jedynym, który zakłóca idealną ciszę, a potem Vaira zaczyna mówić. Głos wydobywa się z jej ust łagodnym tchnieniem, lecz zamiast rozlegać się tuż nad moją głową, potężnieje w napierającej zewsząd nieskończoności i powraca jako groźny grzmot. Nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie nigdzie się przed nim ukryć.
– Taka właśnie jest Nerelia. Nic w niej nie jest prawdziwe, łącznie ze mną. Każda rzecz, każde zjawisko jest odzwierciedleniem twoich emocji. Nerelia istnieje w tobie i nigdzie indziej. Bez ludzi, których marzeniami się żywi, byłaby tylko monotonną pustką. Przyjrzyj się jej teraz i zapamiętaj ten widok na zawsze.
Wyswabadza się z mojego uścisku, okazując przy tym zadziwiającą u kobiety siłę. Ale przecież nie jest zwykłą kobietą z mojego dawnego świata. Oddala się o parę kroków, a kiedy znów otwiera usta, jej słowa są rozkazem i ponagleniem:
– Otwórz oczy, Arkadiuszu. Otwórz je i patrz.
Potwornie boję się tej przytłaczającej i jednocześnie zachwycającej pustki, lecz nie śmiem sprzeciwić się Vairze. Prostuję się, próbując wymacać stopami iluzoryczne podłoże. Ostatecznie, skoro wszystko w tym wymiarze polega na wyobrażeniu, czemu nie miałbym wyobrazić sobie teraz góry i dołu? Wreszcie czuję się wystarczająco pewnie, by odemknąć powieki. Nadal otacza mnie wyłącznie nieziemsko lśniąca nieskończoność, w której ja i Vaira jesteśmy jak figurki poruszane niewidzialnymi sznurkami.


Źródło obrazu: tapetus.pl


Robię trzy kroki do przodu i tyle samo w tył, a potem próbuję wspiąć się wyżej po iluzorycznych schodach. Kiedy mi się to udaje, nie jestem nawet zaskoczony. Schodzę na poprzedni poziom i znów stoję obok Vairy, lekko górując nad nią wzrostem. Wiem już jednak doskonale, że moja fizyczna przewaga jest złudzeniem.
Zgodnie z życzeniem dziewczyny, rozglądam się dokoła zachłannie i wciąż nieco lękliwie, by dokładnie wyryć sobie to miejsce w pamięci.
– A ludzie? – pytam. Mój głos brzmi w tej pustce wyjątkowo rozpaczliwie i samotnie, jakbym krzyczał na pustyni. – Czy ludzie też są nieprawdziwi? A ty? Czym ty, u diabła, jesteś? Jeszcze jednym moim przywidzeniem?
– Owszem – odpowiada, wciąż trzymając ramiona szeroko rozłożone, jakby miała zostać w takiej pozycji ukrzyżowana. Ten widok zaczyna mi się nagle wydawać groteskowy. – Wyobraziłeś sobie nie tylko przedmioty, ale również bliskich ci ludzi. Tylko Gwen jest prawdziwa, lecz w realnym świecie wasze drogi życia nie spotykają się. Tamci dwoje, nazywający sami siebie Indianami Dahla, są wcieleniem twojego marzenia o bezinteresownej przyjaźni, akceptacji i opiece, których tak często brakowało ci w poprzednim życiu. Kirjo jest ojcem, jakiego nigdy nie miałeś, dbającym o zaspokojenie twoich potrzeb, zamiast ciągłego stawiania wymagań i rozliczania z osiągnięć. Maja to matka i siostra w jednej osobie, dziewczyna silna i niezależna, nie rezygnująca ani z kobiecej strony swej natury, ani z indywidualności. Wyobrażając sobie Maję, ratujesz dwie ważne dla ciebie kobiety, zwracając im zagarniętą przez mężczyzn wolność. Teraz rozumiesz, Arkadiuszu? Nie ma żadnych Nerelian. Są tylko wasze poplątane życia, które w tej rzeczywistości zyskują nową głębię.
– Ale… Przecież oni już tu byli, wcześniej, przed moim przyjazdem. Kirjo i ten notariusz, Daniel Brady, to starzy znajomi. Plemię Dahla mieszka na tych ziemiach od wielu stuleci. Gwen dobrze zna oboje, a przecież sama mówisz, że ona też jest prawdziwa. Jak to możliwe, żebyśmy razem z Gwen śnili ten sam sen?
– Głuptasku – mówi jak do dziecka, obdarowując mnie pełnym pobłażliwości uśmiechem. – Dlaczego sądzisz, że każdy musi śnić wyłącznie swój własny, prywatny sen? Może istnieje jakaś wyimaginowana przestrzeń, w której halucynacje różnych osób spotykają się i łączą ze sobą, tworząc wspólną opowieść? Może tamci dwoje zaspokajają także ukryte potrzeby Gwen? Skąd możesz wiedzieć, co siedzi w głowie twojej przyjaciółki? Tłumaczyłam ci, że każdemu opowiadam tylko o jego własnym życiu.
– Czy mieszkańcy Nerelii rodzą się i umierają?
Ale Vaira nie odpowiada na to pytanie. Zamiast tego mówi:
– Pokazałam ci prawdziwą naturę tego świata. Ta wizja trwa już zbyt długo, ponad twoją wytrzymałość. Powróćmy więc do Nerelii, którą kochasz.
Opuszcza powoli ramiona, a jej oczy rozjaśniają aż do najczystszego lazuru. Opalizujący blask znika, zastąpiony przez zwyczajne słoneczne światło. Znów jesteśmy na porośniętym soczystą trawą wzgórzu, z majaczącym na horyzoncie gęstym lasem. Czuję na twarzy oddech wiatru, a moje nozdrza drażni zapach kwiatów. Pod powiekami zbierają mi się łzy ulgi i wzruszenia, lecz nie pozwalam im spłynąć. Opadam tylko w nagłej słabości na kolana, mając chęć ucałować ziemię, po której stąpam. Nerelia jest moja drugą ojczyzną i nie wyrzeknę się jej, bez względu na to, jak daleko zajdą chore mrzonki Vairy.
A ona siada obok mnie, podciąga kolana pod brodę i obejmuje je ramionami, znów doskonale udając dziewczynę z krwi i kości. Zastanawiam się, jaka jest rola Vairy w moim życiu, którą z ważnych dla mnie osób ona z kolei reprezentuje. Nie poruszam tego tematu na głos, chociażby dlatego, że odpowiedź wydaje mi się oczywista. Powtarzam ostatnie pytanie:
– Czy Nerelianie rodzą się i umierają?
– Nie, Arku. Nie rodzą się i nie umierają w ludzkim tego słowa znaczeniu. To dlatego nigdy nie rozmawiają o narodzinach, ślubach i pogrzebach. Dlatego w plemieniu nie ma niemowląt, z tego też powodu nie przywiązują zbytniej wagi do stopni pokrewieństwa, chociaż żyją w ściśle zintegrowanych małych grupach, które należy chyba nazwać rodzinami. Jednakże ich jednostkowe byty nie są wieczne, nie egzystują poza bezlitosnym strumieniem czasu. Nerelianie pojawiają się w tej rzeczywistości i pewnego dnia ją opuszczają. Nie pytaj mnie, jak to się dzieje i dokąd odchodzą ich dusze.
– Ale przecież… Jak mogą nie być żywi? Przecież oddychają, jedzą, pocą się, umieją płakać… Mają zwykłe ludzkie ciała, które mogę obejmować i całować. Nie są duchami i nie zachowują się jak one.
– Nie powiedziałam, że są duchami. Nerelianie to mentalna energia obleczona w pozory ciała. Różne rodzaje tutejszych istot naśladują organiczne życie mniej lub bardziej pieczołowicie. W przypadku Dahla ta imitacja sięga perfekcji, dlatego z takim uporem uważasz ich za prawdziwych ludzi. Zwierzęca część twojego mózgu już na wstępie odrzuca prawdę, ponieważ nie zgadza się ona ze świadectwem zmysłów. Lecz intuicja podpowiada ci, że mam rację. (...)







Fragmenty powieści, cz. 2



ROZDZIAŁ 3
PIEŚŃ TRÓJCY ŚWIĘTEJ

(...) Często przychodziłem o różnych porach dnia nad strumień, gdzie ją wtedy zobaczyłem, i czekałem cierpliwie, lecz bez skutku. Wyglądałem jej smukłej sylwetki za każdym zakrętem ścieżki i w każdym leśnym parowie, lecz dziewczyna znikła bez śladu, jak kamień rzucony na powierzchnię stawu. Po czterech miesiącach daremnego wyczekiwania wyraziste rysy jej twarzy, która ledwie mignęła mi tamtego wieczoru, zatarły się w mojej pamięci, jak dzieje się ze wszystkim, z czym się na co dzień nie obcuje. Zacząłem już nawet przypuszczać, że dziewczyna była tylko przywidzeniem. Czyżbym, wyizolowany z twardej rzeczywistości, powoli tracił rozum? A może jakiś nieprzychylny ludziom duch zwiódł mnie tą uroczą wizją na manowce, abym, uganiając się nieprzytomnie za zjawą, przestał troszczyć się o wszystko inne?
Straciłem już nadzieję, lecz wciąż zjawiałem się z przyzwyczajenia na polanie i siadałem na drewnianej ławie, postanawiając, że tym razem nie odejdę, dopóki jej nie zobaczę. W zamyśleniu obracałem w dłoniach metalowy kubek, z rzadka upijając łyk zimnej wody. Brałem także do rąk drugie naczynie, zastanawiając się, jak wyglądałoby z zaciśniętymi wokół białymi palcami nieznajomej. Syciłem głód soczystymi jeżynami i rosnącymi wszędzie dookoła poziomkami, dopóki bezlitosna zima nie wtrąciła całej przyrody w letarg. Zsuwałem się potem łagodnym, piaszczystym zejściem do strumienia, by umyć ręce.
Kto stworzył to zagadkowe uroczysko w dzikim ostępie i w jakim celu? Dla kogo przeznaczony był stół i kubki? Czy ten, kto bywał tutaj przede mną, również wyczekiwał nadejścia dziewczyny? Bez końca zadaję sobie te same pytania i nie znajduję odpowiedzi.
Nagłe rżenie konia sprawia, że zrywam się na równe nogi. Patrzę niemal bez tchu, jak leszczynowe gałęzie rozsuwają się i wyłania się najpierw masywna sylwetka gniadego konia, a zaraz potem wychodzi bezszelestnie dziewczyna. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że to ta sama osoba.
Pochłaniam wzrokiem jej postać, chcąc zapamiętać jak najwięcej. Jest wysoka, ale nie do przesady, i bardzo smukła. Ta chudość nie ma jednak nic wspólnego z kruchością. Nie dałbym rady złamać jej wpół, podobnie jak nie złamałbym pnia brzozy. Jej włosy są jasne, lecz nie tym ciepłym odcieniem złota jak u Gwen. Mają delikatny, pszeniczny kolor i jestem pewien, że gdybym ich dotknął, zaszeleściłyby pod moimi palcami jak źdźbła zbóż. Są bardzo gęste i opadają swobodnie na jej ramiona, niczym nie podtrzymywane.
Kiedy podchodzi bliżej, stwierdzam, że nie ma żadnej, choćby najmniejszej ozdoby. Nie nosi nawet sandałów. Jej długie, wąskie stopy brodzą w poszyciu dzikiego lasu, kryjącym wiele nieprzyjemnych, głównie żywych niespodzianek, tak pewnie, jakby kroczyła po puszystym dywanie. Prawą dłoń trzyma wplecioną w grzywę nieodłącznego konia, który idzie za swoją panią wiernie jak pies. Jej jedynym odzieniem jest sukienka w nieokreślonym szarawym kolorze, w wielu miejscach połatana i pocerowana. Pomimo tych napraw ubranie sprawia wrażenie czystości i schludności. Nie umiem tego lepiej wyjaśnić, lecz ta istota w stroju żebraczki ma w sobie więcej dostojeństwa niż jakakolwiek żyjąca lub zmarła monarchini. Sukienka dziewczyny przykrywa w całości kolana, a jej rękawy są szerokie i powiewne. Furkocą na silnym wietrze jak chorągiewki, a kiedy nieznajoma unosi lewą dłoń w geście pozdrowienia, rękaw opada i wyłania się spod niego szczupłe, białe ramię.
Koń płoszy się niespodziewanie i staje dęba. Tego jest już dla mnie za wiele. Cofam się w przestrachu o kilka kroków i nie wykluczam ucieczki. Docieram przy tym na samą krawędź koryta rzeki. Dziękuję potem w myślach Bogu, że nie wylądowałem w rwącej i lodowatej wodzie.
– Nie musisz się mnie bać – odzywa się dziewczyna. Ten głos jest jednocześnie mocny i delikatny, wysoki i niski, chropawy i słodki, dźwięczny i matowy, jakby należał do całego świata. Najbardziej jednak przypomina powiew wiatru.
Wracam znad rzeki, zły na siebie z powodu niepotrzebnego strachu. Przecież ta dziewczyna jest Nerelią. Nie mogłaby zrobić mi nic złego.
– Wcale się nie boję – odpowiadam zuchowato, mając wielką nadzieję, że nie wyszedłem w jej oczach na głupca. – Zrobiłem tylko więcej miejsca dla twojego konia.
Śmieje się głośno i radośnie. Ten szczery śmiech do końca rozwiewa moje obawy.
– Auvo jest niezwykle łagodną klaczą – mówi. – Bywa tylko nieufna, kiedy kogoś nie zna.
Stoję teraz o krok od dziewczyny. Jej twarz wciąż jest bardzo pociągła, lecz już nie doszukuję się w niej oznak bezduszności. Przeciwnie, w ostrych załamaniach policzków, nosa i brody nieznajomej jest więcej wspaniałości niż we wszystkich miękkich kobiecych twarzach razem wziętych. Piękno stworzenia, które przede mną stoi, jest nieludzkie, lecz nie przejmuję się tą myślą. Chcę tylko bez końca na nią patrzeć, jakby reszta świata rozpłynęła się we mgle.



Źródło obrazu: na-pulpit.com



– Mam na imię Vaira – odzywa się niespodziewanie. Jej uśmiech jest w tym momencie nadzwyczaj słodki. Wymawiam to imię w myślach, smakując jego cudowne brzmienie. Właśnie takie imię spodziewałem się od niej usłyszeć.
– Arek – odpowiadam. – Arkadiusz.
O dziwo, bezbłędnie powtarza moje imię. Twarda, sycząca spółgłoska na końcu nie sprawia jej żadnego problemu. Nie może być więc zwyczajną Nerelianką.
– Szukałeś mnie.
– Tak – kiwam głową. – Czekałem tu na ciebie od dawna, ale nie przychodziłaś.
– Przychodziłam, Arkadiuszu – nie mam pojęcia, skąd w głosie Vairy wziął się ten nagły smutek. – Tylko nie pokazywałam ci się.
– Dlaczego? – wołam, nie umiejąc ukryć rozczarowania. – Przecież przesiadywałem tu dla ciebie! Jak mogłaś chować się w krzakach, skoro mnie widziałaś?
No tak, trochę mnie poniosło. Chyba nie powinienem tak od razu robić jej wyrzutów, bo jestem dla niej całkowicie obcym człowiekiem. Nie powinienem też odkrywać natychmiast swoich kart. Z kobietą pokroju Luizy byłoby to absolutnie niewskazane. Ale to nie Luiza, tylko Vaira. Mam dziwne przeczucie, że ta dziewczyna nie obrazi się na mnie ani nie wyśmieje.
– Musiałam być pewna – mówi spokojnie.
– Czego musiałaś być pewna? Że będę czekał na ciebie do końca życia?
– Tak. Że o mnie nie zapomniałeś. Że nie zdołasz zapomnieć.
Odwraca się ode mnie i sprowadza Auvo do wodopoju, jak robiła to pewnie wiele razy, kiedy mnie tu nie było. Ta klacz i sukienka są wszystkim, co posiada. Jeszcze nie wiem, że należy do niej znacznie więcej.
– Kim ty jesteś, Vairo? – pytam. – W jaki sposób mnie zaczarowałaś?
Nie odpowiada od razu, tylko czeka, aż ulubienica zaspokoi pragnienie. Potem puszcza grzywę Auvo, przyklęka, składa dłonie i nabiera w nie wody. Patrzę z zachwytem, jak poruszają się mięśnie jej szyi, kiedy pije. Słomiane włosy rozsypują się przy tej czynności na wszystkie strony, dotykając nurtu rzeki. Ledwo wierzę własnemu szczęściu, bo mam wreszcie Vairę na wyciągnięcie ręki. Lecz jednocześnie pamiętam, że jeszcze nie uwięziłem burzy.
Wprowadza zwierzę z powrotem na polanę i puszcza luzem. Auvo oddala się o kilka metrów i natychmiast zaczyna się paść, nie zwracając na nas żadnej uwagi. Vaira siada na drewnianej ławce, ani razu na mnie nie spoglądając. Przez chwilę migają mi spod ubrania jej białe, mocne uda. Rok temu zastanawiałbym się już, czy nosi bieliznę, ale teraz liczy się dla mnie co innego.
Podnosi drugi kubek, ten, z którego nie piłem, i wpatruje się w jego wnętrze. W końcu odwraca się w moją stronę i powtarza pytanie:
– Szukałeś mnie. Po co?
Ta bezpośredniość zbija mnie z tropu. Jeszcze żadna kobieta nie pytała, dlaczego się nią interesuję.
– Zobaczyłem się pewnego wieczoru nad strumieniem – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Od tej pory wciąż o tobie myślę. Bardzo chciałem znów cię spotkać.
– Kim ty jesteś, Arkadiuszu?
Wzruszam ramionami w geście ogromnego zdziwienia. Jestem zwyczajnym chłopakiem z wielkiego miasta, któremu uroiło się, że może zarobić duże pieniądze i być dzięki temu szczęśliwym. To ona powinna mi powiedzieć, kim jest.
Przysiadam się do niej. Tęczówki dziewczyny lśnią najgłębszym lazurem nieba, znacznie intensywniejszym niż u Gwen. Nie wiedziałem, że człowiek może mieć tak bardzo niebieskie oczy. Ale przecież Vaira nie jest człowiekiem.
– Przyjdziesz jutro? – pytam. – Bo ja będę czekał.
Waha się przez chwilę, a potem kiwa głową na znak zgody.
– Jeśli tego chcesz, przyjdę – mówi. – Potrzebujesz mnie, Arkadiuszu.
– A ty, Vairo? Czy ty potrzebujesz mnie?
Wiedziałem, że nie odpowie na to pytanie. Jest zbyt niezależna, by tak prędko przyznać się do jakiegokolwiek przywiązania.
– Chyba je lubisz – podaje mi kubek. – Więc proszę, poczęstuj się.
Kubek jest wypełniony po brzegi dojrzałymi jeżynami. Nie wiem, skąd je wzięła. Przecież jest początek stycznia, chociaż jest tak ciepło. Jeżyny nie owocują o tej porze roku.
Pomimo to nie okazuję nawet cienia nieufności. Wolałbym chyba śmierć z rąk Vairy niż jej nieobecność w moim życiu. Biorę od niej naczynie i zaczynam spokojnie jeść. Dotykam przy tym przelotnie jej palców. Są zarazem chłodne i gorące, szorstkie i aksamitne, lecz nie uważam tego za dziwne. Czuję, że Vaira może istnieć w każdym kształcie. Pewnie spotykałem ją wielokrotnie, kiedy wędrowałem po okolicy. Mogła być żółtym liściem, który podnosiłem spośród traw, albo jastrzębiem nad moją głową. Jednak właśnie ta twarz jest jej prawdziwą i tylko tą pragnąłem ujrzeć.
Siedzimy razem jeszcze długo. Gawędzimy o mało istotnych sprawach, podjadamy owoce z kubka, który nigdy się nie opróżnia, i popijamy wodą z drugiego. Woda na pewno jest prawdziwa, chociaż nie założyłbym się o to. Przekonuję się już, że tam, gdzie pojawia się Vaira, granice realności odsuwają się bardzo daleko. (...)






Fragmenty powieści, cz. 1


Zgodnie z obietnicą, publikuję kilka wybranych fragmentów książki, celem zaostrzenia apetytów na lekturę całości 😊



ROZDZIAŁ 1
PIEŚŃ ŁEZ

Stary człowiek zatacza ramieniem zamaszysty krąg, mówiąc przy tym:
– To wszystko, cała ta ziemia aż po wierzchołki gór, należy do ludu Dahla. Mogę panu sprzedać, ile pan zapragnie.
Patrzę na jego pobrużdżoną zmarszczkami twarz i zaplecione w warkocz włosy, niegdyś czarne, a teraz całkiem siwe. Ten mężczyzna jest wiekowy jak jego kraj. Należy do tego miejsca duszą i ciałem. Skaliste granie są bruzdami na jego policzkach, a oddech jest porywistym, mroźnym wiatrem, hulającym w zaśnieżonych żlebach.
– Chcę tylko tyle ziemi, żebym mógł się tutaj osiedlić – odpowiadam.
– W takim razie na pewno spodoba się panu dom w lesie. Jest w doskonałym stanie. Poprzedni właściciele wyprowadzili się zaledwie kilka tygodni temu.
– Proszę mi pokazać ten dom – mówię.
Idę za Indianinem w głąb lasu. Przeprawiamy się przez potok. Stary skacze po kamieniach jak kozica. Podziwiam gibkość jego ciała i zręczność ruchów, odziedziczone po przodkach, żyjących tutaj od wieków. Mógłbym być jego wnukiem, pomimo to już jestem zmęczony. Siedzący tryb życia i brak sportu zaczęły właśnie dawać mi się we znaki.
Tamten nagle odwraca się i pyta:
– Jak panu na imię?
– Arkadiusz.
– Arkadius – powtarza natychmiast w tutejszym dialekcie. – Polubi pan Nerelię. Każdy zakochuje się w tej krainie, gdy trochę tutaj pomieszka.
Zbywam tę uwagę milczeniem. Przecież już postanowiłem, że zostanę w Nerelii na dłużej. Może dlatego mam dziwne przeczucie, że kupię ten dom.
Stajemy na skraju polany. Indianin jest niewzruszony jak skała, za to ja próbuję złapać oddech po wspinaczce po delikatnej pochyłości zbocza. Myślę przez chwilę, jak czułbym się, gdyby stary kazał mi zdobywać jeden z tych niebosiężnych, nagich szczytów. Jestem typowym mieszczuchem i wolę stanie w korku od fizycznego wysiłku.
Dom jest drewniany, z kamienną podmurówką. Ma parter i piętro. Okna są stare, ale może uda mi się je wymienić. Nie widzę żadnych gospodarskich zabudowań, wyjąwszy drewnianą szopę oraz garaż z białej cegły. Obchodzę wokół dom, stary idzie za mną. Odkrywam jeszcze porośniętą winnym pnączem altanę. To chyba wszystko, na co mogę tutaj liczyć.
– Możemy wejść do środka? – pytam.
– Jasne – odpowiada flegmatycznie.
Schody głośno skrzypią, więc stawiam ostrożnie kroki. Balustrada wokół ganku jest już mocno spróchniała. Będę musiał wkrótce ją naprawić. Siadam na chwilę na rozklekotanej sofie z pluszową tapicerką, wytartą od częstego dotykania, i wystawiam twarz na ostre promienie słońca. W kącie ganku ktoś zostawił ogrodowy parasol. Przyglądam się brudnym zaciekom na białym materiale.
Stary otwiera kluczem drzwi, więc wchodzę do środka. Wszystkie sprzęty są na swoim miejscu. Mogę się przeprowadzać choćby dziś. Oczywiście dom wymaga gruntownego sprzątania. Każdą powierzchnię pokrywa cienka warstewka kurzu, a w zakamarkach zdążyły się zagnieździć pająki. Mam nadzieję, że nie ma tu pluskiew. Lecz generalnie nie zgłaszam zastrzeżeń.
Na dole jest kuchnia, pokój dla gości i łazienka. Oglądam szafki kuchenne z jasnego drewna. Te wiszące mają w drzwiach szybki z rżniętego w jodełkę kryształu. Na chwilę przenoszę się w myślach na wieś, do domu dziadków od strony mamy. Jednak tutejsza kuchnia podoba mi się bardziej, bo nie jest ciemna i zagracona, ale duża, jasna i przestronna.
Na górze są trzy sypialnie oraz pomieszczenie gospodarcze, służące jednocześnie za pralnię, suszarnię i prasowalnię. W najdalszym kącie stoi pordzewiała w paru miejscach pralka wirnikowa, pamiętająca chyba jeszcze dzieciństwo moich rodziców. Na szczęście tuż obok jest doprowadzenie zimnej i gorącej wody. Nie będę musiał grzać jej w kuchni i wnosić garnkiem po stromych, drewnianych schodach, ryzykując poparzenia.
– Skąd bierze się tutaj ciepła woda? – pytam starego. – Jak ten dom jest ogrzewany?
– Będzie pan musiał palić węglem. W piwnicy jest kotłownia. Węgiel może pan kupić w mieście. Dowóz i rozładunek jest za darmo. Zresztą, nie powinien się pan tym martwić. Tutaj praktycznie nie ma zimy.
No tak. W Nerelii, kraju, który nie istniał na żadnej mapie świata, zima nie była mile widzianym gościem. Wycofała się ona w wysokie partie gór i nigdy nie nękała okolicznych mieszkańców. W tym wydartym spod władania natury miejscu wola ludzi, a zwłaszcza Indian Dahla, stawała się prawem.
– A co z jesienią? – pytam przekornie. – Bo wie pan, to moja ulubiona pora roku.
Tamten uśmiecha się szeroko. W tym uśmiechu jest coś drapieżnego i bardzo niebezpiecznego.
– Kiedy przychodzi jesień, liście na drzewach mienią się w słońcu wszystkimi odcieniami czerwieni i złota. Zakręci się panu w głowie od bogactwa naszych lasów.
Wstrzymuję na chwilę oddech. Skąd stary wiedział, że w jesieni najbardziej lubię właśnie kolorowe, szeleszczące pod stopami liście? Każdego roku układałem z nich dla Luizy bukiety, które moja dziewczyna wyrzucała zaraz następnego dnia. Czyżby Dahla czytali w myślach? To przypuszczenie wydaje mi się tak fantastyczne, że postanawiam nie zaprzątać sobie nim dłużej głowy.
Schodzimy na dół. Indianin puszcza mnie przodem i zamyka drzwi na klucz. Jeszcze nie kupiłem domu, więc na razie jestem tutaj tylko gościem. Pytam starego:
– Do kogo należy ta posiadłość?
– Do nas – odpowiada enigmatyczne. – Wszystko w tym miejscu należy do plemienia Dahla.
– Ale do kogo konkretnie? – dopytuję. – Czy ma jakiegoś właściciela? Gdzie on mieszka?
Nie na darmo byłem obiecującym prawnikiem. Muszę się upewnić, że stary nie próbuje mnie naciągnąć albo wrobić w jakiś podejrzany interes.
Tamten znów jedynie się uśmiecha. Robi to tylko kącikami ust, a jego ciemne oczy stają się wąskimi szparkami. Zastanawiam się, co próbuje przez to wyrazić. Najwyraźniej wie coś, o czym ja nie mam bladego pojęcia. Zaczynam jeszcze raz, z nieco innej beczki:
– Komu powinienem zapłacić? Panu?
– A więc chce pan kupić ten dom?
Wciągam gwałtownie powietrze.
– Tak – mówię. – Postanowiłem, że go kupię.
Klamka zapadła. Gdybym się za chwilę wycofał, straciłbym w jego oczach wiarygodność. Sam nie rozumiem, dlaczego tak bardzo zależy mi na uznaniu tego mężczyzny. Przecież poznałem go zaledwie kilka godzin temu.
– W takim razie zejdźmy do miasta – odpowiada po chwili milczenia. – Zaprowadzę pana do naszego notariusza. Tam spiszemy akt własności i będzie pan mógł przekazać na jego ręce pieniądze.
– Dobrze – kiwam głową. – Pojedźmy do miasta.




Źródło obrazu: tapetus.pl


Znów idę za moim przewodnikiem, ale tym razem nie czuję się tak bardzo zmęczony, ponieważ schodzimy w dół. Idziemy po ścieżce, więc nie muszę przynajmniej przedzierać się przez gęste zarośla jeżyn, które wznoszą się po obu jej stronach. Wyciągam rękę i zrywam kilka dojrzałych owoców. Smakują jak samo lato. Przez chwilę znów czuję się małym, psotnym chłopcem.
Zrównuję się z Indianinem i pytam:
– Czy to jest jedyna droga na wzgórze? Bo wie pan, chciałbym wjechać tam samochodem. Mam sporo rzeczy.
Patrzy na mnie przez chwilę, a potem pyta:
– Czy mogę mówić panu po imieniu?
– Naturalnie – wzruszam ramionami. Naprawdę mi to nie przeszkadza, chociaż do tej pory niechętnie przechodziłem z obcymi na ty. Ale w Nerelii jest inaczej. Jakbym już nie musiał bez przerwy się pilnować, by nie okazano mi lekceważenia.
– Jest inna droga, Arkadius. Okrąża wzgórze od południa, wije się jak wąż po jego stromiźnie i prowadzi pod sam dom. Przecież ją widziałeś, kiedy pokazywałem ci posiadłość.
Faktycznie, zauważyłem piaszczystą dróżkę, kończącą się pod zamkniętymi drzwiami garażu. Tylko miejskie ulice były wyasfaltowane, reszta kraju żyła w doskonałej symbiozie z naturą. Przez chwilę zastanawiam się nad kupnem samochodu terenowego bądź zamieszkaniem w mieście. To ostatnie odrzucam natychmiast. Pragnę ciszy i odosobnienia, chcę teraz być sam dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem.
– Wiesz, dlaczego poprowadziłem cię ścieżką po bardziej stromej stronie wzgórza, zamiast pozwolić ci wjechać tam samochodem?
Znów czyta mi w myślach. Bo właśnie nad tym głowię się od kilku minut. Skoro umiał zadać właściwe pytanie, zna też odpowiedź, jednak z czystej przekory pytam:
– Dlaczego?
– Potrzebujesz więcej ruchu, młodzieńcze. Ruchu i świeżego powietrza. Nie możesz spędzić reszty życia na siedząco.
To samo mówiła czasami moja mama, lecz nigdy nie chciałem jej słuchać. Ojciec uważał, że marnuję tylko czas, przeznaczając go na granie z kolegami w piłkę zamiast na naukę, więc nie chciałem go zawieść. Dopiero od niedawna odkrywam powoli, że zdobywanie wiedzy to nie tylko obcowanie z książką.
Docieramy do mojej wysłużonej skody fabii, rocznik dziewięćdziesiąty dziewiąty, najwcześniejszy z możliwych. Kupiłem ją od sąsiada, który nagle wzbogacił się, grając na giełdzie, i sprawił sobie w salonie nowiutką toyotę avensis. Miałem stabilną pracę w szanowanej kancelarii adwokackiej i bez trudu mógłbym wziąć kredyt na nowe auto. Nie zrobiłem tego, ponieważ byłem zbyt przywiązany do mojej staruszki.
Ale to już przeszłość. Teraz jestem bezrobotnym, wydającym właśnie większość swoich oszczędności. A ponieważ postanowiłem żyć, przynajmniej przez jakiś czas, wyłącznie bieżącą chwilą, porzucam więc nostalgiczne myśli. Skoro nawet pogoda próbuje podnieść mnie na duchu, nie powinienem jej w tym przeszkadzać.
Stary z gracją zajmuje fotel pasażera. Jedziemy do miasteczka. Po drodze milczę, zerkam tylko na niego ukradkiem. Nosi indiański strój, a w warkocz wetknął dwa ptasie pióra. Nie jestem ornitologiem, ale sądzę, że musiały kiedyś należeć do orła lub jastrzębia. Próbuję wyobrazić go sobie w okazałym pióropuszu. Za naszyjnik służy mojemu towarzyszowi zżółknięty ze starości kieł, nanizany na rzemyk. Próbuję zgadywać po wielkości, czy jest wilczy, czy niedźwiedzi. W końcu stawiam na niedźwiedzia, ale nie dałbym sobie uciąć głowy.
Zaczynam się zastanawiać nad czymś ciekawym. Otóż w każdej kulturze jej członkowie, a szczególnie mężczyźni, lubią otaczać się przedmiotami kojarzącymi się z drapieżnymi zwierzętami, jakby dzięki samemu posiadaniu danej rzeczy przejmowali część siły, zręczności bądź wdzięku zwierzęcia. To dlatego jeździmy jaguarami, zabijamy krokodyle dla ich skóry i ozdabiamy nasze salony myśliwskimi trofeami. Gwałtowny rozwój cywilizacji nie zabił w ludziach pierwotnego respektu dla świata przyrody. Ta myśl sprawia, że rozumiem Nerelię lepiej niż kilka chwil temu.
W mieście mieszkają zarówno Indianie, jak i biali. Stary prowadzi mnie po skrzypiących schodach na najwyższe piętro jakiejś starej kamienicy. Wolałbym nie przychodzić tutaj po zmroku. Za to sam gabinet notariusza jest urządzony bardzo gustownie. Ściskam przyjaźnie dłoń białego mężczyzny po czterdziestce, potem przyglądam się dyskretnie jego dobrze skrojonemu, prążkowanemu garniturowi. Zaczynam żałować, że już dawno zdjąłem krawat i zostawiłem marynarkę w samochodzie. Po wspinaczce w pełnym słońcu musi ode mnie cuchnąć potem na kilometr.
Z początku czuję się jak smarkacz przed obliczem dystyngowanego profesora. Na szczęście ta chwila trwa krótko. Przecież trafiłem z powrotem na znajome prawnicze podwórko. Jeśli moje wykształcenie miałoby okazać się bez znaczenia, to niepotrzebnie zmarnowałem połowę życia, by je zdobyć. (...)





środa, 30 maja 2018


Kolejne wersje okładki


Przygotowałam jeszcze jedną niespodziankę dla przyszłych czytelników książki. Poniżej prezentuję trzy poprzednie wersje okładki, związane z kolejnymi zrealizowanymi bądź planowanymi wydaniami „Vairy”. Obecnie mają one wartość już tylko sentymentalną, i nie będą nigdzie i w żadnej formie wykorzystywane.


1. Okładka do wydania e-bookowego z roku 2012 w serwisie dla wydawców i self-publisherów RW2010 (www.rw2010.pl). Pozycja jest już wycofana ze sprzedaży i nie figuruje w katalogu publikacji serwisu.

Projekt był bardzo oszczędny, wręcz ascetyczny, z białym tłem oraz czernią i czerwienią jako jedynymi akcentami kolorystycznymi. Oprócz tytułu i nazwiska autorki, na okładce widniały składające się wyłącznie z prostych linii czarne schodki, prowadzące niejako „w głąb”, ku lewemu dolnemu narożnikowi strony, oraz wpadająca pomiędzy nie mała czerwona kuleczka, mająca symbolizować... co?... samotność?... zagubienie bohaterów powieści?... beznadzieję ludzkiej egzystencji, kończącej się zawsze nieuchronnym upadkiem?... wręcz „wpadnięciem” w koszmar, z którego nie sposób się wydostać?...

Niestety, po przejrzeniu zawartości dysku okazało się, że okładka nie zachowała się w pamięci komputera. Została ona usunięta również z zasobów serwisu, na którym przechowywana była publikacja, nie ma więc możliwości pobrania jej z tej lokalizacji. 

Na szczęście odtworzenie tamtego szkicu nie było trudne. Najbardziej poglądowo motyw ten wyglądał, o ile mnie pamięć nie zawodzi, jakoś tak:





2. Okładka do planowanego wydania e-booka w serwisie FutureNet z roku 2017, w ramach funkcjonalności płatnego udostępniania multimediów, która nigdy nie została wprowadzona. Ze względu na budzącą kontrowersje zawartość serwisu nie podaję adresu tej strony.

Okładka ta jest najsłabsza z wszystkich czterech, ponieważ jest to tylko zdjęcie z parku na białym tle, z dodanym obowiązkowym tytułem publikacji i nazwiskiem autorki. Niemniej jednak, udostępniam dla zaspokojenia ciekawości.





3. Okładka zaprojektowana przed kilkoma tygodniami przeze mnie na potrzeby aktualnego wydania, zmodyfikowana przez panią Patrycję Smagę.

Widzimy na niej to samo zdjęcie dziewczyny z rozwianymi pszenicznymi włosami, które znalazło się również na ostatecznej wersji okładki. Zostało ono wyszukane w zasobach serwisu www.pixabay.com, udostępniającego tysiące obrazów na licencji Creative Commons 0, a więc do swobodnego, nieograniczonego prawami autorskimi wykorzystania, i wybrane jako bezapelacyjnie najlepsza opcja

Widzimy też dyskretny motyw czerwonej róży, tak istotnej dla fabuły książki, w prawym dolnym rogu zdjęcia. Został on uwzględniony także w docelowym projekcie. Na górze strony znajdziemy z kolei zielony liść, mający symbolizować silną więź bohaterów książki z naturą.






Osobiście uważam, że ten ostatni projekt jest naprawdę niezły. Ale, żeby nie było wątpliwości, okładka przygotowana przez panią Patrycję Smagę jest nie do pokonania i zwyczajnie rządzi 😄





Ciekawostki związane z „Vairą”


Zgodnie z zapowiedzią, zamieszczam serię ciekawych informacji związanych z aktualnie przygotowywaną powieścią. Ze względu na ich sporą liczbę oraz objętość tekstu, został on podzielony na podrozdziały.


1. Dla kogo książka?

Na początek należy określić grupę docelową (ang. target) czytelników, do której skierowana jest ta książka. Wspomniałam już, że można ją zdefiniować zarówno jako powieść fantasy, osadzoną w nurcie realizmu magicznego, ale także jako literaturę obyczajowo-romansową. „Vaira” jest więc przeznaczona dla obu tych grup odbiorców, choć oczywiście zwrócą oni uwagę na zupełnie odmienne rzeczy w tekście.

Jeśli chodzi o kryterium wieku, to książka skierowana jest głównie do młodzieży i młodych dorosłych, w przedziale ok. 16 – 45 lat. Poruszane w niej tematy, takie jak poszukiwanie własnej ścieżki zawodowej, próby określenia swojego miejsca w świecie, wybór partnera życiowego i zakładanie rodziny oraz oczywiście romantyczna miłość, zainteresują głównie młodszych odbiorców, żyjących tymi sprawami na co dzień. 
Starsi czytelnicypo 45. roku życia, zwłaszcza ci wciąż młodzi duchem i otwarci na nowoczesność, również są bardzo mile widziani 😊

Co do płci, to wprawdzie głównym bohaterem „Vairy” jest młody mężczyzna, który boryka się ze wspomnieniem nieudanego związku, i z tego względu może ona przemawiać także do niektórych panów, jednak wydaje mi się, że z uwagi na ogromną dawkę emocji oraz zastosowaną w książce dogłębną analizę psychologiczną, powieść ta będzie potrącać struny przede wszystkim bardziej wrażliwej kobiecej duszy.

Odradzam natomiast lekturę „Vairy” dzieciom, z uwagi na zawarte w niej „dorosłe”, niekiedy kontrowersyjne treści, pewną dawkę grozy, niewielką, ale jednak obecną domieszkę erotyki oraz ogólnie tematykę i przesłanie nieadekwatne do zdolności poznawczych najmłodszych czytelników. Ponieważ lektura tej książki mogłaby nadmiernie pobudzić dziecko i zaburzyć harmonijne kształtowanie się psychiki, upraszam o rozwagę i nie dawanie „Vairy” do rąk swoim pociechom i młodszemu rodzeństwu.

To samo będzie zresztą dotyczyć moich przyszłych publikacji, które generalnie nie są przeznaczone dla dzieci i dorastającej młodzieży.


2. Opowiadanie czy powieść?

Początkowo „Vaira” miała być nie powieścią, lecz... opowiadaniem (byłam wtedy na etapie krótkich form). Ponieważ jednak tekst od początku był podzielony na rozdziały i bardzo szybko się rozrastał, o jakimkolwiek zaś skróceniu go nie było nawet mowy, postanowiłam ostatecznie zakwalifikować go jako krótką powieść.


3. Praca wre 😃

Ciekawe jest miejsce, w którym powstała spora część tej powieści. Nie był to mianowicie dom, pobliski park czy kawiarnia, ale... miejsce ówczesnej pracy 😉 Napisałam wiele stron „Vairy” przy biurku w czasie pracy, na służbowym komputerze, w tajemnicy przed szefostwem i kolegami. Choć nie jestem pewna, w jakim stopniu udało mi się tę tajemnicę zachować...

W zasadzie nie powinnam być z tego dumna, i raczej nie jestem. Działo się to jednak w okresie, gdy nie przydzielano mi żadnych zadań roboczych, a moje dni w tej firmie były już policzone. Ponieważ nie lubię marnować czasu, postanowiłam wypełnić go czymś pożytecznym – przynajmniej z mojego punktu widzenia – i dzięki temu zyskać więcej wolnych chwil w domu. Historia mojego odejścia z firmy jest bardzo złożona i „Vaira” z całą pewnością nie była jej bezpośrednią przyczyną, nie mam więc chyba tutaj powodów do poczucia winy.


4. Warto poeksperymentować

Zawsze warto trochę poeksperymentować, zwłaszcza z językiem (bez podtekstów 😂 ). Dlatego postanowiłam wprowadzić w powieści nie tylko narrację pierwszoosobową, ale również czas teraźniejszy wypowiedzi. Jedynie wspomnienia głównego bohatera pokazane są w czasie przeszłym. Towarzyszymy więc wiernie Arkadiuszowi od pierwszej do ostatniej linijki książki i zawsze jesteśmy tu i teraz... Efekt takiego zabiegu pozostawiam jak zawsze ocenie czytelników.


5. Imię tytułowej bohaterki

Pożyczyłam je od pani Vairy Vike-Freibergi, będącej w latach 1999 – 2007 prezydentem Łotwy. Zawsze podziwiam i przyklaskuję kobietom na eksponowanych stanowiskach, postanowiłam więc w ten sposób upamiętnić łotewską polityk. My Polacy nie doczekaliśmy się jeszcze wprawdzie kobiety-prezydenta, ale wszystko przecież przed nami...


6. Tytuły rozdziałów książki

One również nie są przypadkowe. Upamiętniłam dzięki nim innego wielkiego w moich oczach człowieka, mianowicie Karla Jenkinsa, walijskiego kompozytora, dyrygenta i twórcę projektu muzycznego Adiemus. Tytuły rozdziałów są zaś moim wolnym tłumaczeniem tytułów utworów z ich drugiego albumu z roku 1997, zatytułowanego Cantata Mundi.




Muzyka Adiemus i ogólnie Karla Jenkinsa towarzyszy mi już od młodości, a artysta ten niezmiennie zależy do moich ulubionych. Odkrywam ją na nowo co kilka lat i właśnie niedawno powtórnie złapałam „fazę” na te brzmienia 😋 Nie jest to wprawdzie muzyka lekka ani łatwa, ale z całą pewnością przyjemna, oczywiście po pewnym obznajomieniu się z takimi klimatami. Zdecydowanie więc polecam ją wszystkim moim czytelnikom.


7. Wiedza ze słowników

W książce odwołuję się do pojęć z mitologii celtyckiej (święto Beltene) oraz greckiej (Odyseusz). Posiłkowałam się przy tym słownikami encyklopedycznymi Książnicy jako podstawowym i w zasadzie jedynym źródłem wiedzy. Chodzi mi konkretnie o „Słownik mitologii celtyckiej” autorstwa Sylvii i Paula F. Botheroydów, Wydawnictwo Książnica 1998, oraz „Słownik mitologii greckiej i rzymskiej” autorstwa Joëla Schmitda, Wydawnictwo Książnica 2006. Wprawdzie mit o Odyseuszu i opowieść o jego powrocie do Itaki jest ogólnie znana, nie zaszkodzi jednak odwołać się do bardziej pewnego źródła wiedzy niż własna pamięć.




Mam wielką nadzieję, że wykorzystane w powieści informacje są prawdziwe i aktualne. Jeśli nie, bardzo proszę o sprostowanie.


8. Słowa zbyt znajome

Początkowo kraina, w której rozgrywa się akcja tej powieści, zwała się Kalabria, a indiańskie plemię nosiło miano Nawaho. Pierwsi czytelnicy i recenzenci tekstu zwrócili mi jednak uwagę, że nazwy te są zbyt powszechnie znane i sugerują Włochy jako scenerię książki bądź realnych Indian jako jej bohaterów. Nijak więc nie przystawały one do powieści, w której fabuła dzieje się w wymyślonym przez autorkę świecie. 

Dlatego też podjęłam decyzję o zmianach. O ile nowa nazwa plemienia – Dahla – pojawiła się w mojej głowie w zasadzie natychmiast, o tyle nieźle się namęczyłam, by ukuć nowe miano dla całej krainy. Szukałam wyrazu, który kojarzyłby się ze słowem „nierealne”, żeby jak najlepiej oddać specyfikę tego miejsca. Przewertowałam internetowe słowniki kilku europejskich języków, i po paru przymiarkach i drobnych przekształceniach, by słowo lepiej brzmiało po naszemu, wyszła mi właśnie Nerelia.

Moim zdaniem obie nowe nazwy są całkiem fajne. A Wy co o tym sądzicie...?


9. Vaira jak z obrazka

W moim poprzednim mieszkaniu – mam na myśli to wynajmowane już w Puławach – wisiał na ścianie pewien obraz. Była to czarno-biała rycina wykonana ołówkiem, bardzo udana. Obraz przedstawiał piękną dziewczynę z jasnymi włosami, pociągłą twarzą o szlachetnych, wyrazistych rysach oraz pełnymi, wspaniale wykrojonymi ustami. Tak, kochani czytelnicy, którzy znacie już tę powieść. To była ona. Wypisz wymaluj Vaira jak z obrazka 😊

Spoglądałam na ten obraz wiele razy w okresie, gdy powstawała ta książka. Dziewczyna z ryciny była dla mnie natchnieniem i inspiracją. Była po prostu moją Vairą. Bardzo żałuję, że nie mogę wkleić tutaj zdjęcia tego obrazu, lecz nie mam już niestety obecnie do niego dostępu.


10. Bez granic

Chciałabym napisać o jeszcze jednej inspiracji, tym razem dziełem raczej znanym. Będzie to taki trochę spoiler, dlatego postaram się uchylić możliwie najmniejszego rąbka tajemnicy. Chodzi mi mianowicie o film dla młodzieży (oraz książkę) o tytule „Niekończąca się opowieść”, dość popularny wśród mojego pokolenia. Film ten szczerze mnie zachwycił w dzieciństwie, tym więcej, że był on początkiem całej mojej przygody z fantastyką.




Tak więc zaznajomieni ze wspomnianym filmem, a zarazem uważni czytelnicy bez trudu odnajdą w „Vairze” nawiązania do tamtego świata. Był taki moment, gdy Bastian zapytał, gdzie kończy się kraina Fantazji, a w odpowiedzi usłyszał, że przecież Fantazja nie ma granic... 


Więcej szczegółów nie zdradzę, bo całą ich resztę znajdziecie w mojej książce 😉


11. Klasa aspirująca

Podział społeczeństwa na klasy można zauważyć także w „Vairze”. Arkadiusz jest wprawdzie prawnikiem, zatrudnionym do tej pory w szanowanej kancelarii, lecz nie wywodzi się z elit czy choćby inteligenckiej klasy średniej. Jest synem hydraulika (a więc robotnika wykwalifikowanego) i bibliotekarki, co ustawia go w szczególnej pozycji względem wyuczonego zawodu.

Czytałam bowiem swego czasu, że młodzież z klasy ludowej, aspirująca do wyższych pozycji na drabinie społecznej, ze względu na pomyłki wynikające z braku odpowiedniego doradztwa często żałuje wyboru zawodu, a nawet samego podjęcia studiów, które nie spełniły w dojrzałym życiu ich oczekiwań, i że gdyby mogli wybierać jeszcze raz, w ogóle nie poszliby na studia. Że osoby z klas wyższych studiują, bo chcą być wykształcone, a ci ze społecznych nizin chcą „mieć” wykształcenie, to znaczy dyplom, który zapewni im prestiżową i dobrze płatną pracę. Gdy się tak nie dzieje, pojawia się rozczarowanie i złość.

Ciężko powiedzieć, czy Arkadiusz żałuje decyzji o podjęciu studiów prawniczych. Nietrudno jednak zauważyć, że nie jest on jakoś szczególnie przywiązany do własnego zawodu. Kiedy tylko nadarza się okazja, natychmiast porzuca swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i zamienia się w kogoś diametralnie innego. W człowieka, dla którego własnoręcznie wyhodowane warzywa znaczą więcej niż wszystkie paragrafy razem wzięte.

Jakże to różne od postawy wysoko wykwalifikowanego specjalisty, dla którego praca jest całym życiem, który zwyczajnie jest swoim zawodem...





sobota, 26 maja 2018


Spotkanie autorskie w Radomiu – przeżyjmy to jeszcze raz


W dniu 27 kwietnia 2018 r., a więc już równo miesiąc temu, odbyło się w Filii nr 2 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Radomiu, na ul. Zientarskiego 1A (Osiedle Gołębiów) o godz. 11:00, spotkanie autorskie z moim udziałem, promujące zbiorek poezji o tytule „Zegar melodii”.

Na początku pojawił się niewielki zgrzyt, ponieważ ze względu na nieporozumienie z przewoźnikiem zostałam wypuszczona z autobusu tuż za rondem „kozienickim”, przy wjeździe na ulicę Wojska Polskiego, zamiast na samym Gołębiowie. Przejście całej ulicy Kozienickiej, w szczególności z dwójką małych dzieci, zabrało mi zbyt wiele cennego czasu. Rezultatem było około dziesięciominutowe spóźnienie i wyraźne już zniecierpliwienie uczestników. Wprawdzie kilkakrotnie za to przeprosiłam i usłyszałam z drugiej strony zapewnienie, że nic wielkiego się nie stało, ale niesmak pozostał. 

W końcu jednak, po kilkukrotnym zapytaniu o drogę, dotarliśmy na miejsce. Dzieci zostały zaprowadzone przez panią kierownik filii Ewę Nowak do specjalnego kącika zabaw, gdzie szybko poczuły się jak u siebie dzięki jej fachowej opiece, a ja przeszłam wraz z gośćmi na salę i zajęłam przygotowane dla mnie krzesło.






Spotkanie zostało wspaniale poprowadzone przez panią Aleksandrę Michalską, również reprezentującą filię na Gołębiowie. Opanowanie tremy nie było na początku łatwe, głównie ze względu na zażenowanie wywołane spóźnieniem. Na szczęście szybko przełamałam lody dość sensacyjną informacją, że jako mała dziewczynka mieszkałam przez cztery lata na tym osiedlu, dosłownie po sąsiedzku, w wieżowcu tuż obok biblioteki, i że właśnie tutaj powstawały moje pierwsze, bardzo jeszcze nieudolne teksty poetyckie i prozatorskie, które już dawno skazałam na zapomnienie. Tutaj wszystko się zaczęło, ale tutaj z całą pewnością się nie skończy. Gołębiów będzie początkiem nowego rozdania i nowego otwarcia w moim literackim życiu, a nie ostatnim przystankiem 😃

W tym miejscu pragnę serdecznie podziękować mojej kochanej Mamie oraz bratu Sławkowi i bratowej Paoli za poświęcony czas i pokrzepiającą obecność na spotkaniu. Dziękuję również mojemu Tacie, który wprawdzie nie mógł być obecny na samym wydarzeniu, ale pojawił się zaraz po nim, by przeżyć ze mną te wspaniałe chwile. Dziękuję koleżance Ewelinie Bartos, która jako jedyna z powiadomionych osób dotarła na miejsce i dzielnie reprezentowała byłą IV b z niezapomnianego radomskiego „Kochanowszczaka”. Dziękuję koledze Wojtkowi Janickiemu, pomagającemu mi w nagłośnieniu spotkania w gronie naszych wspólnych znajomych i czuwającemu nad nim na odległość. 

Dziękuję również moim kochanym dzieciom Wiktorii i Przemkowi za ich cierpliwość, wyrozumiałość i wierne towarzyszenie mi w każdym kroku, stawianym przeze mnie na niełatwej pisarskiej i wydawniczej drodze. A tak oto poczynali sobie w tym dniu w bibliotece:






Wreszcie, dziękuję pani dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Radomiu, pani Annie Skubisz-Szymanowskiej, za zaproszenie do Radomia i wsparcie w organizacji wydarzenia, oraz oczywiście obecność na nim. Dziękuję paniom Ewie Nowak i Aleksandrze Michalskiej za dopracowanie wszystkiego do ostatniego szczegółu i bezpośrednią opiekę nad spotkaniem, a także pani Annie Pruskiej, kierowniczce Filii nr 3 na Osiedlu Michałów, przemiłej osobie i wielkiej miłośniczce literatury, za zadawanie ciekawych pytań i oczywiście za wspólne zdjęcie, które jeszcze w tym samym dniu pojawiło się na Facebooku. A tak wyglądamy razem z perspektywy mojego aparatu:




Michałów również jest dla mnie szczególnym miejscem, ponieważ to właśnie na tym osiedlu mieszkałam przez kolejne dwadzieścia lat, do samej przeprowadzki do Puław, właśnie tam przeżyłam najpiękniejszy w życiu czas dorastania i młodości, i co najważniejsze, pojawiałam się w tamtejszej filii w charakterze czytelnika co najmniej raz w tygodniu.


Wróćmy jednak do samego spotkania, które trwało około godziny. Pierwszą połowę dyskusji prowadziła pani Aleksandra, pytając o moje poetyckie inspiracje i wybierając utwory do zaprezentowania. Potem dostałam wolną rękę, z czego z radością skorzystałam, przeprowadzając dokładnie ten sam eksperyment co w Puławach 😏 
Zapytałam mianowicie o intrygujący wiele osób wiersz, w którego tytule zamiast słów jest jedynie ciąg cyfr i kropek, i niemal natychmiast otrzymałam prawidłową odpowiedź. Data przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Duch Europy, w moim wierszu będący rodzaju żeńskiego, idea europejskiej jedności ponad podziałami, jako coś większego od kwestii ekonomicznych, które tak wielu ludziom przesłoniły całą resztę. Bardzo pięknie podsumowała to zresztą pani Aleksandra. Brawo dla Radomia za zdanie egzaminu 😄

Pani Anna Pruska zapytała z kolei o wiersz zamykający zbiorek, ten mówiący o mnogości doznań, czym bardzo sympatycznie mnie zaskoczyła. W jej opinii utwór ten ma wyjątkowo optymistyczny wydźwięk i chociażby dlatego zasługiwał na głośny odczyt. Z sali padło również pytanie o moje formalne inżynierskie wykształcenie i to, jak ma się ono do mojej aktualnej działalności wydawniczej. Moja odpowiedź, iż nie zamierzam na razie wracać do wyuczonego zawodu, ponieważ chcę w pełni poświęcić się literaturze, wyraźnie spodobała się uczestniczce spotkania. Ja też jestem gorąco przekonana, że zmiany, które właśnie wprowadzam w moim życiu, mogą okazać się zmianami na lepsze...

A oto wspaniała radomska publiczność:








Na koniec przyszła pora na sprzedaż i podpisywanie książek, a także indywidualne rozmowy z czytelnikami i uwiecznianie się ze mną na pamiątkowych zdjęciach. Wyprzedały się wszystkie przygotowane na ten cel egzemplarze, łącznie z autorskim, który trafił w ręce Eweliny Bartos. Odbyło się to na zasadzie wymiany, mianowicie otrzymałam za niego powieść kryminalną o tytule „Cukiereczek” autorstwa jej męża Grzegorza Bartosa, zdolnego radomskiego prozaika. Książka jest świetna i miałabym sporo do powiedzenia na jej temat, aby jednak nie przedłużać dzisiejszej relacji, postanowiłam napisać w związku z nią osobną recenzję.






Pani Aleksandra poprosiła mnie również o dedykację na egzemplarzu bibliotecznym – dla czytelników filii – oraz o wpis do księgi pamiątkowej biblioteki. Była to dla mnie najbardziej emocjonująca chwila całego spotkania, gdy wzruszenie dosłownie chwyciło mnie za gardło i potrzebowałam paru momentów, by dojść do siebie. Łzy prawie stanęły w oczach i omal nie dałam ujścia emocjom... nie licytowałoby to jednak z godnością pisarza, który w każdej sytuacji powinien umieć zachować spokój... 😏






Ponieważ poczułam się w tej chwili tak, jakby to miasto znów objęło mnie ramionami i przygarnęło do siebie po wieloletniej trudnej emigracji. Emigracji wewnętrznej, nie tylko z Radomia, ale przede wszystkim od dawnej siebie. Oczywiście nie przeprowadzam się na powrót do Radomia, lecz moje serce zawsze już będzie rozdarte na pół. Ciałem tu, a duchem tu i tam jednocześnie... Mam nadzieję, że puławianie wspaniałomyślnie mi to wybaczą.

Na koniec relacji ważna informacja dla mieszkańców Radomia. Mój zbiorek poezji można aktualnie znaleźć i wypożyczyć z czterech bibliotek w tym mieście. Są to mianowicie:

  • Czytelnia Regionalna Miejskiej Biblioteki Publicznej, ul. Piłsudskiego 12, I piętro, pokój 35
  • Filia nr 2, ul. Zientarskiego 1A (Osiedle Gołębiów) - egzemplarz z dedykacją
  • Filia nr 3, ul. Królewska 5 (Osiedle Michałów)
  • Filia nr 6, ul. Kusocińskiego 13 (Osiedle XV-Lecia)


Zapraszam już miłośników moich książek na kolejne spotkania autorskie, które odbędą się w najbliższych miesiącach w kilku gminach powiatu puławskiego, a także – być może – znów w Radomiu. Informacje o nich będą się tu sukcesywnie pojawiać, trzymajcie więc proszę rękę na pulsie... i do zobaczenia już wkrótce 😊