czwartek, 31 maja 2018


Fragmenty powieści, cz.3 



ROZDZIAŁ 5
PIEŚŃ RÓWNIN

(…) Wciąż czuję lekki zawód, jednocześnie tajemniczy głos podszeptuje mi, że ta sprawa nie jest jeszcze skończona. Dlatego na razie odpuszczam. Niespodziewanie Vaira zapomina całkowicie o niedawnym smutku i podnosi się sprężyście. Jej oczy mocno błyszczą, a na wargach zastyga zagadkowy, nieco nieobecny uśmiech.
– Jeśli chcesz, pokażę ci, jak naprawdę wygląda Nerelia – mówi.
Być może robi to tylko po to, by wynagrodzić mi tamtą odmowę. Pomimo to moje serce zaczyna natychmiast uderzać jak szalone. Zrywam się prędko z trawy i próbuję coś powiedzieć, lecz zdumienie i radość są zbyt wielkie, bym mógł wykrztusić choćby jedno sensowne zdanie.
– Jeśli się boisz, nie będę cię zmuszać do przyjęcia prawdy – dodaje, źle odczytawszy moją ekscytację. – Naga rzeczywistość najczęściej okazuje się zbyt raniąca dla ludzi z waszego wymiaru.
– Nie – kręcę pospiesznie głową, bojąc się, że za chwilę wycofa się całkowicie ze złożonej propozycji. – Niczego przede mną nie ukrywaj. Proszę, powiedz mi wszystko. Z tobą nie muszę się niczego bać. Przecież nie pozwolisz, by spotkała mnie jakakolwiek krzywda.
Uczepiłem się tych słów jak mantry, by nie dopuścić do siebie nawet cienia podejrzenia, że sprawy mogą wyglądać znacznie gorzej. Zaczynam się trochę bać, lecz konsekwentnie odsuwam od siebie lęk i nieufność, by miłość do Vairy mogła zawsze zwyciężać.
– Nie oszczędzaj mnie – powtarzam. – Chcę poznać prawdziwą Nerelię. Teraz.
– Dobrze – kiwa głową. – Niech tak będzie. Patrz, Arkadiuszu.
Odsuwa się ode mnie o parę kroków i powoli rozkłada ramiona, a następnie wysoko je unosi. Rękawy jej szaty zsuwają się do samego końca, odsłaniając ładne, dziewczęce ciało. Te ręce są jak skrzydła wielkiego ptaka, który szykuje się do lotu. Wyraźnie widzę czerwony kwiat na przedramieniu, tajemnicze znamię dziewczyny, jakby większe i ciemniejsze. Oczy Vairy gwałtownie zmieniają kolor, stając się z niebieskich prawie czarne. Po raz pierwszy jestem świadkiem tej przemiany i nie umiem powstrzymać okrzyku przerażenia.
Krajobraz wokół nas znika. Zastępuje go nieskończona, jednakowa we wszystkich kierunkach, opalizująca przestrzeń, bez najdrobniejszej ciemnej plamki. Mam wrażenie, jakby moje stopy opierały się na czymś twardym, chociaż nie widzę żadnego podłoża. Nade mną i pode mną jest tylko ta perłowa otchłań. Próbuję zrobić krok do przodu i nagle zaczyna mi się kręcić się w głowie. Ludzkie zmysły muszą mieć jakiś punkt odniesienia, bo inaczej wariują. Nie jesteśmy przystosowani do funkcjonowania w niezmiennym, bezgranicznym eterze. Podobnie muszą czuć się kosmonauci po opuszczeniu po raz pierwszy bezpiecznego schronienia statku.
Zaciskam mocno powieki i kurczowo chwytam się jedynego materialnego obiektu, który pozostał z niedawnego bogactwa Nerelii. Obejmuję Vairę z całej siły, tuląc rozpaczliwie twarz do jej piersi. Słyszę równe, spokojne bicie serca ukochanej i nabieram trochę otuchy. Ten dźwięk najpierw jest jedynym, który zakłóca idealną ciszę, a potem Vaira zaczyna mówić. Głos wydobywa się z jej ust łagodnym tchnieniem, lecz zamiast rozlegać się tuż nad moją głową, potężnieje w napierającej zewsząd nieskończoności i powraca jako groźny grzmot. Nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie nigdzie się przed nim ukryć.
– Taka właśnie jest Nerelia. Nic w niej nie jest prawdziwe, łącznie ze mną. Każda rzecz, każde zjawisko jest odzwierciedleniem twoich emocji. Nerelia istnieje w tobie i nigdzie indziej. Bez ludzi, których marzeniami się żywi, byłaby tylko monotonną pustką. Przyjrzyj się jej teraz i zapamiętaj ten widok na zawsze.
Wyswabadza się z mojego uścisku, okazując przy tym zadziwiającą u kobiety siłę. Ale przecież nie jest zwykłą kobietą z mojego dawnego świata. Oddala się o parę kroków, a kiedy znów otwiera usta, jej słowa są rozkazem i ponagleniem:
– Otwórz oczy, Arkadiuszu. Otwórz je i patrz.
Potwornie boję się tej przytłaczającej i jednocześnie zachwycającej pustki, lecz nie śmiem sprzeciwić się Vairze. Prostuję się, próbując wymacać stopami iluzoryczne podłoże. Ostatecznie, skoro wszystko w tym wymiarze polega na wyobrażeniu, czemu nie miałbym wyobrazić sobie teraz góry i dołu? Wreszcie czuję się wystarczająco pewnie, by odemknąć powieki. Nadal otacza mnie wyłącznie nieziemsko lśniąca nieskończoność, w której ja i Vaira jesteśmy jak figurki poruszane niewidzialnymi sznurkami.


Źródło obrazu: tapetus.pl


Robię trzy kroki do przodu i tyle samo w tył, a potem próbuję wspiąć się wyżej po iluzorycznych schodach. Kiedy mi się to udaje, nie jestem nawet zaskoczony. Schodzę na poprzedni poziom i znów stoję obok Vairy, lekko górując nad nią wzrostem. Wiem już jednak doskonale, że moja fizyczna przewaga jest złudzeniem.
Zgodnie z życzeniem dziewczyny, rozglądam się dokoła zachłannie i wciąż nieco lękliwie, by dokładnie wyryć sobie to miejsce w pamięci.
– A ludzie? – pytam. Mój głos brzmi w tej pustce wyjątkowo rozpaczliwie i samotnie, jakbym krzyczał na pustyni. – Czy ludzie też są nieprawdziwi? A ty? Czym ty, u diabła, jesteś? Jeszcze jednym moim przywidzeniem?
– Owszem – odpowiada, wciąż trzymając ramiona szeroko rozłożone, jakby miała zostać w takiej pozycji ukrzyżowana. Ten widok zaczyna mi się nagle wydawać groteskowy. – Wyobraziłeś sobie nie tylko przedmioty, ale również bliskich ci ludzi. Tylko Gwen jest prawdziwa, lecz w realnym świecie wasze drogi życia nie spotykają się. Tamci dwoje, nazywający sami siebie Indianami Dahla, są wcieleniem twojego marzenia o bezinteresownej przyjaźni, akceptacji i opiece, których tak często brakowało ci w poprzednim życiu. Kirjo jest ojcem, jakiego nigdy nie miałeś, dbającym o zaspokojenie twoich potrzeb, zamiast ciągłego stawiania wymagań i rozliczania z osiągnięć. Maja to matka i siostra w jednej osobie, dziewczyna silna i niezależna, nie rezygnująca ani z kobiecej strony swej natury, ani z indywidualności. Wyobrażając sobie Maję, ratujesz dwie ważne dla ciebie kobiety, zwracając im zagarniętą przez mężczyzn wolność. Teraz rozumiesz, Arkadiuszu? Nie ma żadnych Nerelian. Są tylko wasze poplątane życia, które w tej rzeczywistości zyskują nową głębię.
– Ale… Przecież oni już tu byli, wcześniej, przed moim przyjazdem. Kirjo i ten notariusz, Daniel Brady, to starzy znajomi. Plemię Dahla mieszka na tych ziemiach od wielu stuleci. Gwen dobrze zna oboje, a przecież sama mówisz, że ona też jest prawdziwa. Jak to możliwe, żebyśmy razem z Gwen śnili ten sam sen?
– Głuptasku – mówi jak do dziecka, obdarowując mnie pełnym pobłażliwości uśmiechem. – Dlaczego sądzisz, że każdy musi śnić wyłącznie swój własny, prywatny sen? Może istnieje jakaś wyimaginowana przestrzeń, w której halucynacje różnych osób spotykają się i łączą ze sobą, tworząc wspólną opowieść? Może tamci dwoje zaspokajają także ukryte potrzeby Gwen? Skąd możesz wiedzieć, co siedzi w głowie twojej przyjaciółki? Tłumaczyłam ci, że każdemu opowiadam tylko o jego własnym życiu.
– Czy mieszkańcy Nerelii rodzą się i umierają?
Ale Vaira nie odpowiada na to pytanie. Zamiast tego mówi:
– Pokazałam ci prawdziwą naturę tego świata. Ta wizja trwa już zbyt długo, ponad twoją wytrzymałość. Powróćmy więc do Nerelii, którą kochasz.
Opuszcza powoli ramiona, a jej oczy rozjaśniają aż do najczystszego lazuru. Opalizujący blask znika, zastąpiony przez zwyczajne słoneczne światło. Znów jesteśmy na porośniętym soczystą trawą wzgórzu, z majaczącym na horyzoncie gęstym lasem. Czuję na twarzy oddech wiatru, a moje nozdrza drażni zapach kwiatów. Pod powiekami zbierają mi się łzy ulgi i wzruszenia, lecz nie pozwalam im spłynąć. Opadam tylko w nagłej słabości na kolana, mając chęć ucałować ziemię, po której stąpam. Nerelia jest moja drugą ojczyzną i nie wyrzeknę się jej, bez względu na to, jak daleko zajdą chore mrzonki Vairy.
A ona siada obok mnie, podciąga kolana pod brodę i obejmuje je ramionami, znów doskonale udając dziewczynę z krwi i kości. Zastanawiam się, jaka jest rola Vairy w moim życiu, którą z ważnych dla mnie osób ona z kolei reprezentuje. Nie poruszam tego tematu na głos, chociażby dlatego, że odpowiedź wydaje mi się oczywista. Powtarzam ostatnie pytanie:
– Czy Nerelianie rodzą się i umierają?
– Nie, Arku. Nie rodzą się i nie umierają w ludzkim tego słowa znaczeniu. To dlatego nigdy nie rozmawiają o narodzinach, ślubach i pogrzebach. Dlatego w plemieniu nie ma niemowląt, z tego też powodu nie przywiązują zbytniej wagi do stopni pokrewieństwa, chociaż żyją w ściśle zintegrowanych małych grupach, które należy chyba nazwać rodzinami. Jednakże ich jednostkowe byty nie są wieczne, nie egzystują poza bezlitosnym strumieniem czasu. Nerelianie pojawiają się w tej rzeczywistości i pewnego dnia ją opuszczają. Nie pytaj mnie, jak to się dzieje i dokąd odchodzą ich dusze.
– Ale przecież… Jak mogą nie być żywi? Przecież oddychają, jedzą, pocą się, umieją płakać… Mają zwykłe ludzkie ciała, które mogę obejmować i całować. Nie są duchami i nie zachowują się jak one.
– Nie powiedziałam, że są duchami. Nerelianie to mentalna energia obleczona w pozory ciała. Różne rodzaje tutejszych istot naśladują organiczne życie mniej lub bardziej pieczołowicie. W przypadku Dahla ta imitacja sięga perfekcji, dlatego z takim uporem uważasz ich za prawdziwych ludzi. Zwierzęca część twojego mózgu już na wstępie odrzuca prawdę, ponieważ nie zgadza się ona ze świadectwem zmysłów. Lecz intuicja podpowiada ci, że mam rację. (...)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz