czwartek, 31 maja 2018



Fragmenty powieści, cz. 2



ROZDZIAŁ 3
PIEŚŃ TRÓJCY ŚWIĘTEJ

(...) Często przychodziłem o różnych porach dnia nad strumień, gdzie ją wtedy zobaczyłem, i czekałem cierpliwie, lecz bez skutku. Wyglądałem jej smukłej sylwetki za każdym zakrętem ścieżki i w każdym leśnym parowie, lecz dziewczyna znikła bez śladu, jak kamień rzucony na powierzchnię stawu. Po czterech miesiącach daremnego wyczekiwania wyraziste rysy jej twarzy, która ledwie mignęła mi tamtego wieczoru, zatarły się w mojej pamięci, jak dzieje się ze wszystkim, z czym się na co dzień nie obcuje. Zacząłem już nawet przypuszczać, że dziewczyna była tylko przywidzeniem. Czyżbym, wyizolowany z twardej rzeczywistości, powoli tracił rozum? A może jakiś nieprzychylny ludziom duch zwiódł mnie tą uroczą wizją na manowce, abym, uganiając się nieprzytomnie za zjawą, przestał troszczyć się o wszystko inne?
Straciłem już nadzieję, lecz wciąż zjawiałem się z przyzwyczajenia na polanie i siadałem na drewnianej ławie, postanawiając, że tym razem nie odejdę, dopóki jej nie zobaczę. W zamyśleniu obracałem w dłoniach metalowy kubek, z rzadka upijając łyk zimnej wody. Brałem także do rąk drugie naczynie, zastanawiając się, jak wyglądałoby z zaciśniętymi wokół białymi palcami nieznajomej. Syciłem głód soczystymi jeżynami i rosnącymi wszędzie dookoła poziomkami, dopóki bezlitosna zima nie wtrąciła całej przyrody w letarg. Zsuwałem się potem łagodnym, piaszczystym zejściem do strumienia, by umyć ręce.
Kto stworzył to zagadkowe uroczysko w dzikim ostępie i w jakim celu? Dla kogo przeznaczony był stół i kubki? Czy ten, kto bywał tutaj przede mną, również wyczekiwał nadejścia dziewczyny? Bez końca zadaję sobie te same pytania i nie znajduję odpowiedzi.
Nagłe rżenie konia sprawia, że zrywam się na równe nogi. Patrzę niemal bez tchu, jak leszczynowe gałęzie rozsuwają się i wyłania się najpierw masywna sylwetka gniadego konia, a zaraz potem wychodzi bezszelestnie dziewczyna. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że to ta sama osoba.
Pochłaniam wzrokiem jej postać, chcąc zapamiętać jak najwięcej. Jest wysoka, ale nie do przesady, i bardzo smukła. Ta chudość nie ma jednak nic wspólnego z kruchością. Nie dałbym rady złamać jej wpół, podobnie jak nie złamałbym pnia brzozy. Jej włosy są jasne, lecz nie tym ciepłym odcieniem złota jak u Gwen. Mają delikatny, pszeniczny kolor i jestem pewien, że gdybym ich dotknął, zaszeleściłyby pod moimi palcami jak źdźbła zbóż. Są bardzo gęste i opadają swobodnie na jej ramiona, niczym nie podtrzymywane.
Kiedy podchodzi bliżej, stwierdzam, że nie ma żadnej, choćby najmniejszej ozdoby. Nie nosi nawet sandałów. Jej długie, wąskie stopy brodzą w poszyciu dzikiego lasu, kryjącym wiele nieprzyjemnych, głównie żywych niespodzianek, tak pewnie, jakby kroczyła po puszystym dywanie. Prawą dłoń trzyma wplecioną w grzywę nieodłącznego konia, który idzie za swoją panią wiernie jak pies. Jej jedynym odzieniem jest sukienka w nieokreślonym szarawym kolorze, w wielu miejscach połatana i pocerowana. Pomimo tych napraw ubranie sprawia wrażenie czystości i schludności. Nie umiem tego lepiej wyjaśnić, lecz ta istota w stroju żebraczki ma w sobie więcej dostojeństwa niż jakakolwiek żyjąca lub zmarła monarchini. Sukienka dziewczyny przykrywa w całości kolana, a jej rękawy są szerokie i powiewne. Furkocą na silnym wietrze jak chorągiewki, a kiedy nieznajoma unosi lewą dłoń w geście pozdrowienia, rękaw opada i wyłania się spod niego szczupłe, białe ramię.
Koń płoszy się niespodziewanie i staje dęba. Tego jest już dla mnie za wiele. Cofam się w przestrachu o kilka kroków i nie wykluczam ucieczki. Docieram przy tym na samą krawędź koryta rzeki. Dziękuję potem w myślach Bogu, że nie wylądowałem w rwącej i lodowatej wodzie.
– Nie musisz się mnie bać – odzywa się dziewczyna. Ten głos jest jednocześnie mocny i delikatny, wysoki i niski, chropawy i słodki, dźwięczny i matowy, jakby należał do całego świata. Najbardziej jednak przypomina powiew wiatru.
Wracam znad rzeki, zły na siebie z powodu niepotrzebnego strachu. Przecież ta dziewczyna jest Nerelią. Nie mogłaby zrobić mi nic złego.
– Wcale się nie boję – odpowiadam zuchowato, mając wielką nadzieję, że nie wyszedłem w jej oczach na głupca. – Zrobiłem tylko więcej miejsca dla twojego konia.
Śmieje się głośno i radośnie. Ten szczery śmiech do końca rozwiewa moje obawy.
– Auvo jest niezwykle łagodną klaczą – mówi. – Bywa tylko nieufna, kiedy kogoś nie zna.
Stoję teraz o krok od dziewczyny. Jej twarz wciąż jest bardzo pociągła, lecz już nie doszukuję się w niej oznak bezduszności. Przeciwnie, w ostrych załamaniach policzków, nosa i brody nieznajomej jest więcej wspaniałości niż we wszystkich miękkich kobiecych twarzach razem wziętych. Piękno stworzenia, które przede mną stoi, jest nieludzkie, lecz nie przejmuję się tą myślą. Chcę tylko bez końca na nią patrzeć, jakby reszta świata rozpłynęła się we mgle.



Źródło obrazu: na-pulpit.com



– Mam na imię Vaira – odzywa się niespodziewanie. Jej uśmiech jest w tym momencie nadzwyczaj słodki. Wymawiam to imię w myślach, smakując jego cudowne brzmienie. Właśnie takie imię spodziewałem się od niej usłyszeć.
– Arek – odpowiadam. – Arkadiusz.
O dziwo, bezbłędnie powtarza moje imię. Twarda, sycząca spółgłoska na końcu nie sprawia jej żadnego problemu. Nie może być więc zwyczajną Nerelianką.
– Szukałeś mnie.
– Tak – kiwam głową. – Czekałem tu na ciebie od dawna, ale nie przychodziłaś.
– Przychodziłam, Arkadiuszu – nie mam pojęcia, skąd w głosie Vairy wziął się ten nagły smutek. – Tylko nie pokazywałam ci się.
– Dlaczego? – wołam, nie umiejąc ukryć rozczarowania. – Przecież przesiadywałem tu dla ciebie! Jak mogłaś chować się w krzakach, skoro mnie widziałaś?
No tak, trochę mnie poniosło. Chyba nie powinienem tak od razu robić jej wyrzutów, bo jestem dla niej całkowicie obcym człowiekiem. Nie powinienem też odkrywać natychmiast swoich kart. Z kobietą pokroju Luizy byłoby to absolutnie niewskazane. Ale to nie Luiza, tylko Vaira. Mam dziwne przeczucie, że ta dziewczyna nie obrazi się na mnie ani nie wyśmieje.
– Musiałam być pewna – mówi spokojnie.
– Czego musiałaś być pewna? Że będę czekał na ciebie do końca życia?
– Tak. Że o mnie nie zapomniałeś. Że nie zdołasz zapomnieć.
Odwraca się ode mnie i sprowadza Auvo do wodopoju, jak robiła to pewnie wiele razy, kiedy mnie tu nie było. Ta klacz i sukienka są wszystkim, co posiada. Jeszcze nie wiem, że należy do niej znacznie więcej.
– Kim ty jesteś, Vairo? – pytam. – W jaki sposób mnie zaczarowałaś?
Nie odpowiada od razu, tylko czeka, aż ulubienica zaspokoi pragnienie. Potem puszcza grzywę Auvo, przyklęka, składa dłonie i nabiera w nie wody. Patrzę z zachwytem, jak poruszają się mięśnie jej szyi, kiedy pije. Słomiane włosy rozsypują się przy tej czynności na wszystkie strony, dotykając nurtu rzeki. Ledwo wierzę własnemu szczęściu, bo mam wreszcie Vairę na wyciągnięcie ręki. Lecz jednocześnie pamiętam, że jeszcze nie uwięziłem burzy.
Wprowadza zwierzę z powrotem na polanę i puszcza luzem. Auvo oddala się o kilka metrów i natychmiast zaczyna się paść, nie zwracając na nas żadnej uwagi. Vaira siada na drewnianej ławce, ani razu na mnie nie spoglądając. Przez chwilę migają mi spod ubrania jej białe, mocne uda. Rok temu zastanawiałbym się już, czy nosi bieliznę, ale teraz liczy się dla mnie co innego.
Podnosi drugi kubek, ten, z którego nie piłem, i wpatruje się w jego wnętrze. W końcu odwraca się w moją stronę i powtarza pytanie:
– Szukałeś mnie. Po co?
Ta bezpośredniość zbija mnie z tropu. Jeszcze żadna kobieta nie pytała, dlaczego się nią interesuję.
– Zobaczyłem się pewnego wieczoru nad strumieniem – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Od tej pory wciąż o tobie myślę. Bardzo chciałem znów cię spotkać.
– Kim ty jesteś, Arkadiuszu?
Wzruszam ramionami w geście ogromnego zdziwienia. Jestem zwyczajnym chłopakiem z wielkiego miasta, któremu uroiło się, że może zarobić duże pieniądze i być dzięki temu szczęśliwym. To ona powinna mi powiedzieć, kim jest.
Przysiadam się do niej. Tęczówki dziewczyny lśnią najgłębszym lazurem nieba, znacznie intensywniejszym niż u Gwen. Nie wiedziałem, że człowiek może mieć tak bardzo niebieskie oczy. Ale przecież Vaira nie jest człowiekiem.
– Przyjdziesz jutro? – pytam. – Bo ja będę czekał.
Waha się przez chwilę, a potem kiwa głową na znak zgody.
– Jeśli tego chcesz, przyjdę – mówi. – Potrzebujesz mnie, Arkadiuszu.
– A ty, Vairo? Czy ty potrzebujesz mnie?
Wiedziałem, że nie odpowie na to pytanie. Jest zbyt niezależna, by tak prędko przyznać się do jakiegokolwiek przywiązania.
– Chyba je lubisz – podaje mi kubek. – Więc proszę, poczęstuj się.
Kubek jest wypełniony po brzegi dojrzałymi jeżynami. Nie wiem, skąd je wzięła. Przecież jest początek stycznia, chociaż jest tak ciepło. Jeżyny nie owocują o tej porze roku.
Pomimo to nie okazuję nawet cienia nieufności. Wolałbym chyba śmierć z rąk Vairy niż jej nieobecność w moim życiu. Biorę od niej naczynie i zaczynam spokojnie jeść. Dotykam przy tym przelotnie jej palców. Są zarazem chłodne i gorące, szorstkie i aksamitne, lecz nie uważam tego za dziwne. Czuję, że Vaira może istnieć w każdym kształcie. Pewnie spotykałem ją wielokrotnie, kiedy wędrowałem po okolicy. Mogła być żółtym liściem, który podnosiłem spośród traw, albo jastrzębiem nad moją głową. Jednak właśnie ta twarz jest jej prawdziwą i tylko tą pragnąłem ujrzeć.
Siedzimy razem jeszcze długo. Gawędzimy o mało istotnych sprawach, podjadamy owoce z kubka, który nigdy się nie opróżnia, i popijamy wodą z drugiego. Woda na pewno jest prawdziwa, chociaż nie założyłbym się o to. Przekonuję się już, że tam, gdzie pojawia się Vaira, granice realności odsuwają się bardzo daleko. (...)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz