czwartek, 31 maja 2018


Fragmenty powieści, cz. 4



ROZDZIAŁ 5
PIEŚŃ RÓWNIN

(…) Nareszcie zaczynam rozumieć. Zawsze obwiniałem tylko Luizę, a przecież większość nieszczęść wynikła z mojego zaślepienia. Czuję, jak pod powiekami zbierają mi się łzy smutku, ale i wdzięczności dla dziewczyny ze wzgórz, za to, że nareszcie przestałem odrzucać niewygodną dla siebie prawdę. Ta prawda już mnie nie poniża, ale wyzwala. Nie próbuję tych łez hamować. Przed Vairą nie muszę zgrywać twardziela.

– Ona obudziła się pierwsza. Przerwała farsę, która zniszczyłaby wam obojgu życie – mówi dalej Vaira. – Kosztowało ją to mnóstwo wysiłku i bólu. Oczywiście ty znów przyjąłeś rolę ofiary, z niej robiąc nieczułego potwora. Pozwól jej żyć własnym życiem, Arkadiuszu. Pozwól jej wreszcie odejść, również z twojej głowy.
– Naprawdę cierpiałem – szepczę przez łzy. – Nie umiałem bez niej żyć. Byłem tylko połową ludzkiej istoty.
– Wiem – głos Vairy jest teraz nadzwyczaj łagodny. – Wiem, mój biedaku. Ale od dziś będzie inaczej. Uczynię cię znów niepodzielną całością. Nauczę cię kochać bez zatracania samego siebie.
– Ale czy musiało tak być? Tak strasznie źle? Czy naprawdę nie istniała dla nas żadna lepsza wspólna droga?
Kręci powoli głową. Słomiane włosy sypią się przy tym na wszystkie strony z prawie słyszalnym szelestem.
– Być może udałoby się wam przezwyciężyć egoizm – odzywa się wreszcie. – Tak, myślę, że wasze małżeństwo mogłoby wyglądać inaczej. Gdybyście bardziej się pokochali, tak naprawdę pokochali, moglibyście być razem bardzo szczęśliwi. Ale ty musiałbyś trochę zmniejszyć nacisk, a ona musiałaby przestać przed tobą uciekać.
Mam nadzieję, że Vaira pokaże mi tę drugą, piękną przyszłość. Ale ona nie ma zamiaru tego robić. Odwraca głowę w lewo, gdzie do tej pory była tylko pustka. Teraz rozgrywa się tam jakaś scena, a raczej trzy obrazy nakładają się na siebie tak ściśle, że nie mogę ich rozdzielić. W końcu moja percepcja przyzwyczaja się do tej troistości. Obserwuję trzy rzeczywistości jednocześnie i jakiś w niepojęty sposób po kolei. Jest to jedna z tych rzeczy, których nigdy nie będę nawet próbował zrozumieć.
Na pierwszym obrazie widzę Gwen. Miała wypadek na jakiejś polnej drodze. Musiała uderzyć w jedno z rosnących na poboczu drzew, bo jego pień głęboko wrzyna się w zgnieciony na miazgę przód agili. Samochód wisi w powietrzu, podtrzymywany przez konar, który przebił przednią szybę i teraz tkwi w środku, podpierając dach. Zauważam nagle, że gałąź jest nadłamana i może pęknąć w każdej chwili. Tylne koła opierają się o grunt, ale jest to bardzo niepewny punkt oparcia, ponieważ agila wciąż się chybocze, grożąc gwałtownym upadkiem.
Dziewczyna leży pod samochodem. Nie mam pojęcia, dlaczego się tam znalazła. Po prostu tkwi pod vauxhallem, ryzykując przygniecenie dziewięcioma setkami kilogramów ciężaru miejskiego auta. Zastanawiam się, dlaczego nie próbuje się stamtąd wyczołgać, zanim konar się złamie i agila straci ostatnią podporę, ale wtedy spostrzegam, że jedna z jej nóg jest nienaturalnie wygięta, jak u szmacianej lalki, a spod skóry przebija biel kości. Trudno poruszać się z otwartym złamaniem, bo każde przesunięcie tej nogi musi sprawiać Angielce potworny ból. Pozostaje jej więc czekanie, aż ktoś wyciągnie ją spod samochodu. Wyraźnie widzę spływające po policzkach Gwen łzy i całą twarz wykrzywioną grymasem cierpienia i strachu. Mam chęć natychmiast rzucić się dziewczynie na pomoc, lecz obraz nagle znika, zastąpiony przez drugą scenę.
Jest ona nie mniej koszmarna. Widzę Maję w jakimś lesie, otoczoną trójką rozzłoszczonych wilków. Indianka złapała się w pułapkę sieci, jakiej dzicy używają do polowania na duże zwierzęta i wrogów. Ta sieć zwisa z grubej gałęzi rozłożystego dębu, trzymając się na jednym, niepewnym węźle. Dziewczyna jest na razie bezpieczna, ponieważ pułapka znajduje się wystarczająco wysoko, by bestie nie zdołały do niej doskoczyć. Maja nie ma żadnej broni, nawet scyzoryka. Byłaby bezpieczniejsza, gdyby nie miotała się wściekle w sieci, bujając nią na wszystkie strony i poluzowując węzeł. Zaczynam się zastanawiać, kiedy siatka ześliźnie się z konara i wraz z dziewczyną spadnie na ziemię, wydając Maję na łup wilczych kłów.
Spoglądam na twarz Indianki. Maluje się na niej strach, ale także niepohamowana wściekłość. Maja zawsze była taka niezależna, taka samodzielna i odważna. Radziła sobie z życiem w pojedynkę, nie szukając pomocy i ochrony u mężczyzn. Ta sytuacja musi więc być dla niej podwójnie przykra. Bo teraz z całą pewnością potrzebuje czyjejś pomocy. Nie zdoła zabić trzech dorosłych wilków gołymi rękami.
Gdybym miał broń, natychmiast rozprawiłbym się z bestiami. Nie jest mi to jednak dane, ponieważ najpierw muszę zaznajomić się z trzecim obrazem. Tym razem widzę pustynię i czołgającego się po piasku człowieka. Kiedy przyglądam mu się uważniej, rozpoznaję Kirjo. Jedynym odzieniem starego Dahla jest brudna przepaska, obwiązana wokół bioder. Myślę przelotnie, że nigdy do tej pory nie widziałem Kirjo nagiego, i czuję nagłe zażenowanie. Całe ciało Indianina pokrywają ropiejące wrzody, które muszą sprawiać mu wielki ból. Ten widok przywodzi mi na myśl trąd, tajemniczą chorobę, która kojarzy mi się głównie z czasami biblijnymi i Bliskim Wschodem.
W tamtych dwóch przypadkach znałem rozwiązanie, teraz nie mam pojęcia, jak mógłbym pomóc Kirjo. Nie znam się na leczeniu rzadkich chorób. Zanim jednak wpadnę w rozpacz, obraz znika. Znów stoję na wąskiej dróżce, zawieszonej pomiędzy dwoma światami. Tym z przyszłości i tym, w którym moim przyjaciołom grozi śmierć. Wiem, że Vaira stoi tuż za mną, więc odwracam się w jej stronę i krzyczę, przepełniony niepokojem:
– Co im zrobiłaś!? Natychmiast ich uwolnij, słyszysz!?
Wtedy postać Vairy urasta do niewiarygodnych rozmiarów. Jej twarz wypełnia teraz całe niebo, otaczając mnie ze wszystkich stron. Cała rzeczywistość jest Vairą, a może to ona jest całą moją rzeczywistością. Jej oczy są teraz czarne, niewiarygodnie czarne, jak czarna dziura. Gdybym wpadł w któreś z nich, już nigdy bym się nie wydostał.




Źródło obrazu: na-pulpit.com


Kiedy się odzywa, jej głos jest potężny jak burza, jak dźwięk spiżowego dzwonu. Już nie jest dziewczyną, ale boginią na podobieństwo greckiej Hery.

– Ja bardzo wiele mogę, Arkadiuszu. Jeśli tylko chcesz, zmienię twoją przeszłość. Sprawię, że twoje życie potoczy się dokładnie tak, jak sobie zaplanowałeś. Stworzysz z Luizą rodzinę, którą ci przed chwilą pokazałam. Powiedz tylko słowo, a tak się stanie.
– Czy będziemy szczęśliwi? – pytam. To dziwne, ale nie odczuwam już lęku o siebie. Przejmuję się tylko losem uwięzionych przez Vairę przyjaciół.
– Obie wersje przyszłości są możliwe. Powiedziałam ci, że zależałoby to tylko od was dwojga. Nawet ja nie umiem powiedzieć, co się na pewno wydarzy. Wiem tylko, co może się zdarzyć, jeśli zostaniecie razem.
Popatruję jeszcze raz w prawo. Kobieta zajęła się przeglądaniem jakichś papierów, a mężczyzna na powrót utkwił wzrok w ekranie telewizora. Formalnie stanowią małżeństwo, ale tak naprawdę są dla siebie obcymi ludźmi. Kręcę z dezaprobatą głową. Nie chcę żyć w taki sposób. Ta przyszłość jest zbyt niepewna, zbyt kapryśna, bym odważył się zawierzyć swój los tak wątłej nadziei.
– Ale nie dam ci szczęścia za darmo – głos Vairy staje się lodowaty i zupełnie pozbawiony emocji. Bezwzględność tej istoty z pewnością wprawiłaby mnie w zdumienie, gdybym nie był tak bardzo zaciekawiony, jakiego to targu Vaira próbuje ze mną dobić. – Będziesz miał upragnioną rodzinę, ale w zamian musisz poświęcić życie tamtej trójki.
– Jak to!? – krzyczę ze zdziwieniem. – Przecież sama mówiłaś, że Dahla nie są żywymi ludźmi, więc jak mogą umrzeć?
– Zgadza się, nie są żywi w biologicznym sensie tego słowa. Pomimo to ich istnienie może się skończyć. Jeśli im nie pomożesz, ta dwójka na zawsze wypadnie ze strumienia czasu. Zaś twoja przyjaciółka Gwen umrze naprawdę. Nie tylko w Nerelii, ale także w twoim świecie.
– Naprawdę mogłabyś ich zabić?
Okrucieństwo Vairy z trudem mieści mi się w głowie. Nie ma już dziewczyny, która karmiła mnie nad strumieniem owocami. Jest tylko niewyobrażalnie potężna, groźna, nienazwana siła. Kiedy Vaira odzywa się ponownie, jej głos jest jeszcze bardziej obojętny i zimny, jakby nie było w niej nawet krzty współczucia:
– Wszyscy troje są w Nerelii cieniami, a ci tutaj są tylko cieniami cieni, odległym obrazem istot, do których się przywiązałeś. Ale jeśli zginą tutaj, rozpłyną się w nicości także tam. Nie rozumiem, dlaczego się wahasz, Arkadiuszu. Oni są dla ciebie nikim. Nigdy nie spotkałbyś Gwen, gdybyś pozostał w swoim świecie. Nie musisz ratować obcej kobiety. Jeszcze mniej powinieneś się przejmować tamtą dwójką. Przecież ludzie często odwracają się od wytworów własnej fantazji.
– Oni są moimi przyjaciółmi! Nie będę umiał bez nich żyć! – krzyczę z rozpaczą, jakby moje słowa mogły choć trochę zmiękczyć kamienne serce Vairy.
– Więc cenisz ich wyżej niż własną żonę i dzieci? Przekreślisz swoje prawdziwe życie, żeby ratować cienie?
– Nie wolno ci ich krzywdzić! Zabij mnie, jeśli chcesz, tylko pozwól im odejść!
– A gdybym obiecała ci, że Luiza wreszcie cię pokocha i wasze małżeństwo będzie rajem na ziemi? Czy wtedy poświęciłbyś swoje młodzieńcze urojenia?
Spoglądam znów w prawo. Scena zmieniła się tym razem nie do poznania. Kobieta siedzi na kolanach mężczyzny i gładzi go po twarzy, szepcząc coś czule. On – czyli moje starsze wcielenie – delikatnie pieści Luizę, napawając się bliskością ukochanej. Oboje nie widzą świata poza sobą nawzajem.
I nagle już wiem, co powinienem zrobić. Muszę zdążyć, zanim się rozmyślę. (...)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz