wtorek, 9 października 2018


Fragmenty powieści, cz. 5


Postanowiłam udostępnić kolejny fragment Vairy, i w końcu zdecydowałam się pokazać jeden 
z kluczowych dla tej książki momentów i jednocześnie moich ulubionych 😊

Pamiętacie może ostatni z opublikowanych tutaj wycinków, gdy Arkadiusz staje przed najważniejszym w całej powieści wyborem: albo niepewna przyszłość z Luizą, albo utracenie jej (prawdopodobnie) na zawsze, a w zamian uratowanie nereliańskich przyjaciół? Jak myślicie, 
co zrobił nasz bohater? Dla mnie odpowiedź od początku była oczywista, bo tak naprawdę Arkadiusz nie miał wyboru...

Możecie więc teraz zobaczyć, jak to wyglądało dalej. Mam nadzieję, że ta publikacja nie okaże się dla co poniektórych tzw. spoilerem 😉


„I nagle już wiem, co powinienem zrobić. Muszę zdążyć, zanim się rozmyślę.
– Nie kuś mnie, szatanie! – wrzeszczę na całe gardło i skaczę do wnętrza ruchomego obrazu, który widziałem kątem oka po mojej lewej ręce.
Ląduję obok drzewa, o które rozbił się samochód Gwen. Spostrzegam z przerażeniem, że gałąź ledwo trzyma się pnia, grożąc upadkiem agili i zmiażdżeniem wątłego ciała dziewczyny. Rzucam się więc, by podźwignąć samochód. Natychmiast przypomina mi się podobna scena 
z „Nędzników”. Jan Valjean podniósł w pojedynkę ciężki wóz, aby uratować uwięzionego pod nim woźnicę. W mojej głowie na krótko zagnieżdża się myśl, że przecież nie mam siły Jana Valjean, ale od razu ją odrzucam. Nie mogę pozwolić sobie teraz na wahanie i utratę wiary we własne możliwości.
Gałąź łamie się w końcu z donośnym trzaskiem, lecz nie puszczam vauxhalla. Ciężar pojazdu 
i życia Gwen spoczywa teraz na moich szczupłych barkach. Czuję promieniujący na całe ciało ból, jakby miał mi za chwilę pęknąć kręgosłup, pomimo to nie rezygnuję. Napinam mięśnie ramion tak mocno, że żyły na szyi niemal wychodzą mi spod skóry. Po moim karku i plecach spływają strużki zimnego potu, który zalewa również oczy. Świat okrywa blada mgła i mam wrażenie, 
że zaraz zemdleję. Chyba nie rozpoznałbym teraz w lustrze własnej, zmienionej z nieludzkiego wysiłku twarzy.
Nagle myślę, że przecież nie mogę wyswobodzić Gwen, dopóki trzymam samochód. Mam tylko dwie ręce. Dyszę więc:
– Gwen, wyczołgaj się spod tego cholerstwa… Musisz mi pomóc… Nie zrobię wszystkiego sam…
Słyszę głośny jęk bólu dziewczyny, kiedy próbuje się poruszyć. Wyobrażam sobie, jak bardzo teraz cierpi, ale naprawdę nie mogę jej ulżyć. Próbuję dodać przyjaciółce odwagi:
– No dalej, Gwen… Dasz sobie radę, jesteś dużą dziewczynką… Jeszcze troszeczkę, moja droga… Przesuń się jeszcze parę kroków…
Gwen nie jest w stanie pohamować okrzyków bólu, mimo to faktycznie wyczołguje się w końcu 
o własnych siłach spod agili, używając obu rąk i pomagając sobie zdrową nogą. Ma jeszcze parę zadrapań i siniaków na różnych partiach ciała, lecz chyba nie odniosła innych poważnych obrażeń. Przetacza się na środek piaszczystej drogi i zastyga w bezruchu, nie żałując sobie niosącego wątpliwą ulgę głośnego płaczu.
Puszczam samochód i gwałtownie od niego odskakuję. Agila uderza ciężko o grunt, rozsypując się do końca. Nie zawracam sobie dłużej głowy metalowym złomem. Padam na kolana, opieram dłonie o trawę i ciężko dyszę, niemal zawodzę z wysiłku, przewyższającego zasoby mojego organizmu. W płucach czuję ogień, więc wciągam łapczywie chłodne powietrze. Nie mam nawet siły, by podczołgać się do Gwen i sprawdzić, jak się czuje. Obawiam się, że sam potrzebuję teraz lekarskiej pomocy.
Słyszę nagle głos, który rozpoznaję jako należący do Vairy. Nie jestem pewien, czy dobiega on 
z zewnątrz, czy rozlega się tylko w mojej głowie. Ale to chyba nie ma większego znaczenia.
„To była pierwsza próba, próba siły. Wspaniale sobie poradziłeś, Arkadiuszu. Lecz nie możesz 
na tym poprzestać, bo czekają cię jeszcze dwie kolejne, wcale nie łatwiejsze.”
– Co z Gwen? – szepczę bardzo cicho. – Czy będzie żyła?
„Nie martw się już o nią. Ocaliłeś swoją przyjaciółkę. Teraz musisz uratować Indian Dahla.”
Sceneria raptownie się zmienia. Jestem teraz na tamtej pustyni, którą oglądałem w trzeciej wizji. Najpierw zauważam, że znów czuję się tak świeżo, jakbym przed chwilą wyszedł z kąpieli. Umysł zachował wspomnienie nadludzkich zmagań, ale ciało natychmiast się od niego uwolniło. Na dobrą sprawę nic, co przytrafia mi się w tej rzeczywistości, nie dotyczy cielesności. Wszystkie wydarzenia rozgrywają się w sferze ducha, a wrażenia bólu, zimna czy gorąca są jedynie wywołanymi przez czary Vairy złudzeniami.
Ale śmierć Kirjo na pewno nie będzie złudzeniem. Wciąż nie wiem, co mam robić. Liczę na to, 
że Vaira podpowie mi rozwiązanie, lecz w mojej głowie nie rozlega się żaden głos. Sam muszę pomóc staremu Dahla. W końcu przemagam wstręt, wywołany odorem gnijącego ciała, klękam przy nim i delikatnie obracam go na plecy. Indianin odmyka napuchnięte powieki, lecz wzrok ma mętny i jakby niewidzący. Nie jestem pewien, czy zdaje sobie sprawę z mojej obecności. Ale chyba tak, bo z jego popękanych ust wydobywa się niezrozumiały szept.
Układam sobie głowę Kirjo na kolanach, ale nie patrzę na jego twarz. Ten widok, w zestawieniu ze wspomnieniem niedawnego entuzjazmu w oczach przyjaciela i jego tajemniczego uśmiechu, więcej skrywającego niż mówiącego, sprawia mi zbyt wielki ból. Czuję, jak po moich policzkach znów płyną łzy. Przytulam mocniej Indianina i wyrzucam słowa przez zaciśnięte kurczowo szczęki:
– Nie umieraj, Kirjo. Jesteś moim przyjacielem. Potrzebuję cię. Błagam cię, Kirjo, nie opuszczaj mnie.
Stary Dahla drga lekko w moim uścisku i znów szepcze coś w języku, którego nie rozumiem. Podciągam go wyżej i bez strachu obejmuję pokryte wrzodami ciało. Przywieram do niego, jakbym chciał przekazać mu w ten sposób własną życiową moc. Przez cały czas szepczę przy tym żarliwe zaklęcia.
W końcu Kirjo porusza się mocniej, jakby chciał uwolnić się od krępującej czułości. Zauważam nagle, że mój nos nie rejestruje już mdlącego zapachu. Odsuwam się trochę i z nadzieją spoglądam na Indianina. Trzymam w ramionach najzdrowszego człowieka pod słońcem. Czarne oczy Kirjo znów błyszczą zrozumieniem i radością życia, a jego skóra jest śniada, czerstwa 
i nietknięta przez chorobę.
– Od początku wiedziałem, że jesteś niezwykłym młodym człowiekiem – mówi, patrząc na mnie 
z uśmiechem. – Poświęciłeś wszystko, żeby nas ratować.
– Tak trzeba – bąkam. Uświadamiam sobie, że tulę nagiego mężczyznę, i ogarnia mnie silne zażenowanie. Składam więc delikatnie przyjaciela na piasku i odsuwam się parę kroków, wciąż niepewnie się do niego uśmiechając. O tym, że postąpiłem właściwie, upewniają mnie słowa Vairy, chociaż wciąż nie widzę właścicielki głosu.
„Przeszedłeś drugą próbę, próbę wrażliwości. Lecz nie ta miała być najbardziej wymagająca. Przygotuj się do próby odwagi.”
Jestem teraz w gęstej puszczy, gdzie została uwięziona Maja. Słyszę krzyk dziewczyny, jej bezradne wołanie o pomoc, kierowane do Bóg wie kogo. Wilki nagle mnie zauważają i jak na komendę odwracają się w moją stronę. W dłoni czuję ciężar rewolweru, lecz jeszcze nie próbuję strzelać.
„Masz pełny magazynek amunicji – słyszę w głowie głos Vairy. – Sześć naboi. Wilków jest trzy. Możesz więc spudłować trzy razy. Ale jeśli zmarnujesz więcej naboi, zginiecie oboje.”
Plan Vairy jest więc bardziej okrutny niż przypuszczałem. Nie tylko życie Mai, ale również moje, jest poważnie zagrożone. Uspokajam drżenie rąk i wyrównuję oddech. Nie mogę pozwolić sobie teraz na najmniejszy błąd.
– Wytrzymaj jeszcze trochę, Maju – mówię głośno, żeby przekrzyczeć warczenie bestii. – Zaraz cię uwolnię.
Indianka ucisza się i nieruchomieje. Wyczulonymi zmysłami odbieram przypływ nadziei dziewczyny oraz jej głęboką wiarę w moje zwycięstwo. Za nic w świecie nie chciałbym jej teraz zawieść.
Nie mogę czekać dłużej. Wyciągam do przodu oba ramiona i trzymam je przez chwilę sztywno wyprostowane, by zaznajomić się z ciężarem broni. Chociaż bez większego wysiłku utrzymałbym rewolwer w jednej dłoni, dla pewności pomagam sobie lewą. Widzę, jak wilki ustawiają się wokół mnie w kręgu, jakby zamierzały zaatakować równocześnie z trzech stron. Zapominają przy tym całkowicie o swojej pierwszej ofierze.
Zginam miękko łokieć i oddaję pierwszy strzał. Zwierzę pada na ziemię z przenikliwym skowytem, trafione dokładnie pomiędzy gorejące ślepia. Nie marnuję już czasu. Jak w transie oddaję trzy kolejne strzały, obracając się lekko. Działam skutecznie jak automat lub kierowane niezawodnym instynktem zwierzę, a jednocześnie mój umysł pozostaje przez cały czas przeraźliwie jasny, jakbym stał obok i oglądał film klatka po klatce. Trafiam przy tym śmiertelnie drugą bestię, chyba aż dwa razy, ale nie jestem pewien. Ważne jest jedynie to, że udało mi się wyeliminować kolejnego wroga.
Wreszcie pozostaje tylko jeden wilk. Patrzę, jak odbija się sprężyście od gruntu i skacze na mnie, próbując sięgnąć kłami do gardła. Pospiesznie oddaję dwa ostatnie strzały. Lecz robię to zbyt szybko, zbyt chaotycznie, i chybiam o kilkanaście centymetrów. Zwierzę powala mnie na ziemię. Dosłownie spoglądam teraz śmierci w oczy, a może raczej zaglądam jej w gardziel. Słyszę przeraźliwy wrzask Mai i ten dźwięk dodaje mi sił. Natychmiast przypominam sobie o scyzoryku, który noszę w kieszeni spodni. Sięgam więc po niego błyskawicznie i sprawnie, wyćwiczonym 
do perfekcji ruchem, otwieram go jedną ręką. Drugą chwytam bestię za skórę na karku 
i odciągam do tyłu wielki łeb. Wydaję nieartykułowany bojowy okrzyk i jednym ruchem podrzynam wilkowi gardło. Oblewa mnie ciepła posoka i od razu zbiera mi się na wymioty.
Mam jednak powód do radości, bo zwierzę natychmiast pada martwe. Wstrząsają nim jeszcze agonalne drgawki, ale są to próżne wysiłki pozostania przy życiu. Wreszcie wilk nieruchomieje, wydając ostatnie, niemal psie skomlenie. Ta przedśmiertna skarga mogłaby nawet budzić współczucie, gdyby nie to, że sam cudem uniknąłem śmierci. Zrzucam z siebie ciężar cielska 
i przetaczam się na bok, ciężko dysząc. Nie tylko moje ubranie, ale także twarz i włosy są poplamione krwią zwierzęcia. Czuję się bardzo brudny, cały oblepiony ohydną mazią, lecz brakuje mi na razie sił, by doprowadzić się do porządku.
Węzeł sznura nagle puszcza i sieć wraz z Mają ląduje na trawie. Indianka znów krzyczy 
ze strachu, lecz wiem, że upadek z takiej wysokości nie może skończyć się żadnymi poważnymi obrażeniami. Zbieram się jakoś do kupy, wstaję i podchodzę do dziewczyny. Klękam przy niej 
i biorę ją w objęcia. Maja przyciska się do mnie z ulgą, całkowicie zapominając na razie o swojej niezależności. Albo nie zauważa krwi, albo nie zwraca uwagi na mój aktualny wygląd.
Czuję, jak Indianka drży z niedawno przeżytego strachu i cichutko płacze. Obejmuję ją mocniej, a potem gładzę jak małe dziecko po lśniących włosach i mówię łagodnym głosem:
– Nie bój się, Maju. Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić. Jestem przy tobie, kochana. No, obetrzyj oczka. Wszystko będzie już dobrze.
Żeby dodać jej więcej otuchy, całuję kilka razy czarne włosy dziewczyny. A potem sytuacja zmienia się tak szybko, że nie umiem określić dokładnie momentu tej zmiany. Teraz ja leżę 
w objęciach Mai, a ona próbuje ukoić mój lęk. Teraz ja jestem skrzywdzonym, bezbronnym dzieckiem. Wszystkie makabryczne przeżycia, zafundowane przez Vairę, dają mi się nagle porządnie we znaki. Dopada mnie cały strach, nadludzkie zmęczenie oraz poczucie dojmującego, wszechogarniającego rozczarowania i beznadziejności mojego losu. Czuję się zmęczony nadmiarem doznań i bezowocnymi próbami naprawienia mojego życia. Nic nie ma już sensu 
i wszystko prowadzi nieuchronnie do odczucia bolesnej, nieodwracalnej straty, a w końcu śmierci.
Teraz ja drżę jak osika w ramionach dziewczyny, a ona próbuje uspokoić mnie delikatnymi pieszczotami.
– Już wszystko dobrze – szepcze. – Tamto jest już nieważne. Zapomnij o tym. Przestań myśleć 
o Luizie. Twoje życie nadal jest piękne.
Zaciskam mocno powieki i po prostu cieszę się bliskością tej wspaniałej dziewczyny. Powoli zaczynam się odprężać, a całe niewyobrażalne napięcie odpływa ode mnie szerokimi falami. Nagle zauważam kolejną zmianę. Włosy Mai pachną teraz wiatrem i szeleszczą jak dojrzałe kłosy, zaś głos, który rozlega się tuż przy moim uchu, nie należy już do Indianki.
Nie chcę dotyku Vairy, nie chcę jej towarzystwa. Nie po tym wszystkim, co mi zrobiła i czym się stała. Ale ona trzyma mnie mocno, więc przestaję się w końcu szarpać. Przecież nigdy z nią nie wygrywam.
Otwieram oczy. Nie jesteśmy już w lesie. We wszystkich kierunkach rozpościera się bezkresna łąka, porośnięta miękką trawą, pachnącymi ziołami oraz niezliczonymi gatunkami polnych kwiatów. Uwijają się przy nich z radosnym brzęczeniem pszczoły, a w rozjaśnionym mocnym słońcem powietrzu tańczą kolorowe motyle. Po tych wszystkich koszmarach nareszcie umarłem 
i trafiłem do raju.
Wiem, chociaż nie mam pojęcia, skąd to wiem, że znajdujemy się na szczycie potężnego płaskowyżu, poza którym otwiera się przepaść głębsza niż wszystko, co mogłem sobie do tej pory wyobrazić. Ta trawiasta równina jest całym światem, doskonale odizolowanym od pełnego wstrząsów i cierpień życia. Jest jedynym naprawdę spokojnym miejscem we wszystkich możliwych wymiarach.


Źródło obrazu: Pixabay.com / Autor: jplenio


Stopniowo ogarnia mnie całkowity spokój i błogość. Wszelkie problemy przestają być ważne, 
a rozczarowania i lęki tracą swą złowieszczą moc. Rodzę się teraz na nowo. Nie czuję już przy tym żadnej urazy do Vairy. Patrzę z miłością w jej błękitne oczy i pytam cicho:
– To przez cały czas byłaś ty, prawda?
– Tak, to byłam ja – odpowiada. – Zawsze tylko ja, Arkadiuszu. Nic w twoim życiu nie zdarzyło się bez mojego udziału.
Vaira głaszcze mnie po twarzy, delikatnie przeczesuje szczupłymi palcami moje włosy. Zdaję sobie nagle sprawę, że nie jestem już umazany wilczą krwią. Mam na sobie czyste, nowe ubranie, a moje włosy są świeże i lśniące jak po wyjściu z kąpieli. Odrodzenie jest więc nie tylko duchowe, ale także fizyczne.
Już dawno Vaira nie wydawała mi się tak cudowna. Oddałbym chyba za tę chwilę całą resztę życia. Przymykam znów oczy i słucham jej łagodnego, kojącego głosu. Raz wypowiedziała już 

te słowa ustami Mai, pomimo to chętnie słuchałbym ich bez końca:
– Nie bój się. Teraz wszystko będzie dobrze. Już nie musisz czuć się winny. Pozwól sobie na bycie szczęśliwym.
Wokół nas pachnie rumianek i śpiewają skowronki. Jest tak jasno, jakby ten jeden dzień miał trwać bez końca. Z całej siły wierzę w tym momencie w swoje szczęście.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza