wtorek, 6 sierpnia 2019


Czerwcowo-lipcowy numer Nowej Weny


Przedstawiam Wam pierwszy, a w zasadzie szósty, licząc od startu projektu, czerwcowo-lipcowy numer Nowej Weny, następczyni i młodszej siostry wciąż wspominanej z lekkim rozrzewnieniem Weny.

Jest to pismo o zdecydowanie węższej tematyce, które będzie wydawane wyłącznie w formie elektronicznej. Pismo, któremu przypadła w udziale rola przede wszystkim biuletynu reklamowego i wsparcia dla Wydawnictwa Inspiracje, lecz prezentujące dla urozmaicenia twórczość przynajmniej jednego autora innego niż ja sama i przynajmniej jedną recenzję obcej książki.




Można je pobrać z grupy na Facebooku o nazwie Nasza poezja i proza, której jestem administratorką (link w prawej kolumnie), a także kilku innych literackich grup. Będzie ono również dystrybuowane drogą mailową i poprzez prywatne wiadomości na Messengerze, znajdzie się też na serwisach rw2010.pl i ebookpoint.pl.


A co w numerze? Otóż będzie on poświęcony w pierwszym rzędzie powieści mojego autorstwa pt. Vaira i znajdziecie w nim:

- krótką prezentację książki i kilka ciekawostek na jej temat,
- obszerne fragmenty tekstu, stanowiące główną zachętę do zakupienia całości,
- pięć recenzji „Vairy, pióra bardzo różnych osób,
- sylwetkę i twórczość poetycką Luizy Borkowskiej-Ziółkowskiej, artystki pochodzącej z Radomia, a obecnie związanej z Dęblinem i powiatem ryckim,
- recenzję książki Aleksandra Sowy „Gwiazdy Oriona, jednej z części słynnej już serii astronomicznej (recenzja znajdzie się również na mojej grupie i na blogu),
- fotorelacje z trzech majowych spotkań autorskich z moim udziałem,
- felieton z cyklu „Myśli z literackiego (pół)światka, prezentujący moje spojrzenie na twórczość literacką i ogólnie świat,
- konkurs, w którym będzie można otrzymać papierowy egzemplarz „Vairy.


Osoby zainteresowane Nową Weną proszę o podanie adresu e-mail do wysyłki lub zaproszenia mnie do znajomych na Facebooku i powiadomieniu o chęci otrzymywania magazynu.

Zapraszam do lektury i życzę wiele przyjemności z niej 😊






sobota, 3 sierpnia 2019


Aleksander Sowa Gwiazdy Oriona - recenzja


Wydawnictwo Lira, 2019
Gatunek: kryminał
Liczba stron: 352

Gwiazdy Oriona to pierwsza chronologicznie i trzecia w kolejności ukazania się część słynnej już tzw. serii astronomicznej. Dwie poprzednie to Era Wodnika oraz Punkt Barana, obecnie 
w przygotowaniu jest Czas Wagi, a kto wie, czy nie doczekamy się kolejnych tytułów, które autor zapowiada jako plany wydawnicze na kolejne lata na swojej oficjalnej stronie.

Aleksander Sowa jest z zawodu policjantem i mieszka w Opolu. Jest także autorem sporej liczby książek, w większości powieści kryminalnych i obyczajowych, ale również zbiorów opowiadań, poradników i publikacji o motoryzacji. Jest rozpoznawalny jako jeden z prekursorów pisarstwa niezależnego w Polsce. Przez długi czas wydawał swoje książki wyłącznie samodzielnie w postaci e-booków oraz na papierze, Gwiazdy Oriona to pierwsza jego powieść, która ukazała się we współpracy z tradycyjnym wydawcą. Autor wyjaśnia motywy podjęcia właśnie takiej zaskakującej dla niektórych decyzji na swoim blogu, we wpisie pt. Mojej nowej powieści nie będzie.

Tyle o autorze, osoby zainteresowane jego sylwetką i twórczością zapraszam do samodzielnych poszukiwań w tym temacie. Przejdźmy już do samej książki. Wszystkie tytuły z serii astronomicznej łączy osoba bohatera, komisarza Emila Stompora, który w Gwiazdach Oriona jest młodym człowiekiem, dopiero zaczynającym karierę w stopniu szeregowego. Akcja powieści dzieje się na początku lat 90. ubiegłego wieku, a więc praktycznie u schyłku PRL-u, kiedy nowy ustrój polityczny nie był jeszcze dobrze ugruntowany, a osoby związane 
z komunistycznym aparatem władzy wciąż miały wielki wpływ na wydarzenia w kraju.

Przez Śląsk przetacza się fala brutalnych zabójstw, dokonywanych na kobietach przez nieuchwytnego seryjnego mordercę. Policja pozostaje przez długi czas bezsilna. Kiedy ginie bratanica premiera, w Katowicach powstaje specjalna grupa operacyjna, do której trafia 
m.in. szeregowy Emil Stompor. Książka jest wprawdzie fikcją, lecz inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami, a niemałe doświadczenie zawodowe pomogło autorowi stworzyć dzieło, które wyróżnia ogromny realizm. 







Przyznaję, że przeczytałam tylko dwie książki z tej serii (z wyjątkiem Ery Wodnika), jednak zdążyłam już polubić Emila. Pochodzącego zresztą z Opola, tak samo jak autor. Cechuje go nastawienie, które określa się zazwyczaj mianem idealizmu. Na pytanie, dlaczego został gliną, odpowiada, że chce robić coś dobrego, bronić słabszych. Naraża się w ten sposób na drwiny
ze strony starszych kolegów, którzy szybko uświadamiają go, jak naprawdę wygląda praca policjanta. Nie pozostaje on zresztą długo odporny na brutalność świata, w którym przyszło mu działać. Aby przetrwać i nawet awansować w „psiarni”, gdzie granice pomiędzy dobrem a złem
są niewyraźne, wiele zasad nagina się dla dobra sprawy, a sami policjanci niekiedy zachowują się jak gangsterzy, trzeba się dostosować, przynajmniej „po wierzchu”.



Nawet w tak bezwzględnej rzeczywistości jest miejsce na przyjaźń, taką prawdziwie męską, szorstką, gdzie niekiedy w ruch idą pięści. Lecz ta przyjaźń bywa na śmierć i życie, dosłownie,
bo w krytycznych momentach policjanci zdolni są do wielkiego bohaterstwa. 

Morderca, czyli tytułowy „Orion”, prowadzi dziennik, w którym wspomina całe swoje życie. Jego fragmenty rozsiane są po całej książce. Trzeba przyznać, że to życie wyjątkowo go nie rozpieszczało. Od najmłodszych lat był dręczony i upokarzany przez kobiety: matkę, babkę, koleżankę ze szkoły. Ojciec-żołnierz był właściwie nieobecny, szybko zresztą zmarł. Do tego dochodziła niepewność co do własnej narodowości, co w czasach powojennych miało duże znaczenie.

Oczywiście to wszystko w żadnym stopniu go nie usprawiedliwia. Wielu ludzi „po przejściach” wychodzi jakoś na prostą i nawet pomaga osobom, które doświadczyły podobnych okropieństw. „Orion” wybrał najbardziej prymitywną drogę odwetu, znęcając się najpierw nad zwierzętami,
a potem nad ludźmi. Nawet biorąc poprawkę na bezpiekę, która go szantażowała i zmusiła do współpracy, po upadku komuny wciąż miał wybór. Wybrał uległość wobec własnych najgorszych instynktów, i dlatego nie zasługuje na współczucie.

W książce pojawia się króciutki wątek homoseksualny. Oczywiście nie ma on nic wspólnego
ze współczesną tzw. ideologią LGBT, bo czasy były zupełnie inne. Ukazana została relacja między dwójką ludzi, ich emocje, pasje i marzenia. Ta jedyna w życiu „Oriona” prawdziwa miłość mogłaby go uchronić przed przemianą w potwora. Tak się nie stało, a psychopata zyskał dodatkowy powód, by mścić się na ludzkości. Dowodzi to, że zarówno wśród osób homo-, jak
i heteroseksualnych znajdują się ludzie dobrzy oraz zdecydowanie źli.

Ciekawą rzeczą w powieści jest gwara śląska, którą posługują się niektórzy bohaterowie. Jako rodowity Ślązak, autor wyśmienicie sobie z nią poradził. Czuje się w niej także ów PRL. Mamy tam chociażby SB, KGB, tajnych współpracowników, tzw. likwidatorów. Mamy podejrzliwość
w stosunku do Emila, który został włączony do grupy z uwagi na talent i wiedzę, tymczasem przełożeni i koledzy wciąż są przekonani, że posiada on jakieś mocne „plecy”. Ta niemożność przebicia się bez odpowiedniego poparcia pozostała zresztą w naszym kraju do dnia dzisiejszego.

Książkę czyta się lekko, ponieważ jest ona napisana żywym i łatwym w odbiorze językiem. Zwłaszcza dialogi są soczyste i nie pozwalają się nudzić. Morderstwa i tortury ukazane są niezwykle realistycznie, wulgaryzmy leją się chwilami ciurkiem, całość jest mocna, a czasami wręcz mroczna. Pokazuje ona zarówno realia pracy policji, jak i zakamarki umysłu sadystycznego mordercy. Z tego względu wrażliwi czytelnicy raczej nie powinni po nią sięgać. Całej reszcie polecam.

Gwiazdy Oriona mają już na koncie duży sukces. Książka ta zdobyła nagrodę główną plebiscytu portalu Granice.pl jako Najlepsza książka na lato 2019, sam zaś pisarz udziela wielu wywiadów w mediach i jest bohaterem artykułów m.in. w Gazecie Wyborczej oraz serwisie wp.pl.


Można ją kupić w EMPIK-u i innych dobrych księgarniach, wraz z placówkami Poczty Polskiej, jest również dostępna wysyłkowo oraz w postaci e-booka.


Strony autora:






wtorek, 23 lipca 2019


Recenzja Vairy autorstwa Moniki Bednarskiej


Młody, obiecujący prawnik Arkadiusz zamierza założyć rodzinę z Luizą, kobietą, którą kocha. 
Ona jednak niespodziewanie kończy ten związek. Zrozpaczony mężczyzna ucieka do Nerelii, niezwykłej, tajemniczej krainy, gdzie ma nadzieję odzyskać utracony spokój duszy, zregenerować zrujnowany prywatny świat, nabrać dystansu. Pomaga mu w tym pewien wiekowy Indianin.

Pewnego dnia spotyka niezwykłą dziewczynę o imieniu Vaira, której włosy są niczym pszeniczne łany, a oczy posiadają niezwykłą właściwość zmiany barwy tęczówki. Dziewczyna wydaje się taka nierealna, jakby była duchem, nie prawdziwym człowiekiem. Kim tak naprawdę jest piękna nieznajoma? Z czasem między tym dwojgiem bohaterów rodzi się niezwykła więź. Jakie jednak jeszcze sekrety skrywa Vaira i co oznacza tajemnicza róża na jej przedramieniu?

Powieść, w której świat współczesny, racjonalny łączy się ze światem celtyckich wierzeń, nieokiełznanych sił natury, surowych bóstw. Bardzo ciekawie zostało pokazane przenikanie tych dwóch przeciwstawnych światów.

W tej niezbyt obszernej książce zostało zawarte mnóstwo treści. Przede wszystkim jest to opowieść o miłości, tej w najczystszej, najszczerszej, przezroczystej niczym kryształ górski postaci, wolnej od zwierzęcych żądz. Pozwala zajrzeć czytelnikowi w głąb samego siebie, 

tak, jak zrobił to główny bohater. Będąc bezpośrednio zaangażowanymi w wydarzenia, nie dostrzegamy tak naprawdę ich istoty, nie zauważamy popełnianych przez nas błędów, dopiero ktoś z zewnątrz może nam pomóc je zrozumieć.




Mnóstwo symboliki, oniryzmu w powieści - podkreślona została rola marzeń w życiu człowieka, także marzeń sennych.
Historia Gwen bardzo mnie poruszyła. Przeżyła ona jeden z najgorszych dramatów, jakie może doświadczyć kobieta. Serdecznie jej współczułam i dzięki poznaniu jej historii łatwiej mogłam zrozumieć, dlaczego specyficznie traktowała mężczyzn.

Przyznam, że były momenty zaskoczenia, kiedy myślałam, że 
rozgryzłam  już Vairę, znowu 
coś było inaczej niż podejrzewałam, co również jest wielkim atutem powieści, ponieważ lubię niespodzianki w książkach, lubię być zadziwiana, doceniam pomysłowość.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania powieści serdecznie dziękuję autorce, pani Monice Knapczyk.



Z recenzją można zapoznać się także na blogu Autorki TUTAJ.





piątek, 19 lipca 2019


Recenzja Vairy autorstwa Luizy Borkowskiej-Ziółkowskiej


Vaira zaintrygowała mnie enigmatycznym, dość oryginalnym tytułem. Miło było sięgnąć po polską prozę, która przełamuje stereotypy literacko-gatunkowe (prócz fantasy i obyczajówki dostajemy tu potężną dawkę psychologii i antropoetologii).

Ciekawa nieuchwytnej, wręcz mgielnej Nerelii, zapragnęłam mentalnie i duchowo dotknąć tego niezwykłego miejsca – jego głębi i tajemnicy, a lekkostrawny, wielotorowy i panoramiczny obraz, jaki zaserwowała mi Autorka, bardzo to ułatwił. Czytając książkę, przeteleportowałam się nie tylko w świat Nerelii, ale i w głąb samej siebie.


Głównym bohaterem powieści jest Arkadiusz, młody, dobrze zapowiadający się prawnik, który kupuje dom od Kirjo (osobliwego Indianina), by osiąść w nowym miejscu i pozbierać się psychicznie po gwałtownie zakończonym związku. Pewnego dnia Arek poznaje tajemniczą Vairę, która z biegiem czasu pozwala mu dostrzec i zrozumieć, co znaczy kochać naprawdę…


Niezwykły świat Nerelii i jeszcze bardziej niezwykła Vaira to kojący kompres na krwawiące rany, ale też przysłowiowe światełko w tunelu, które rozświetla nowo obraną, życiową drogę; pozwala dźwignąć się Arkowi z kolan i zacząć wszystko od nowa. Rozstrojony wewnętrznie mężczyzna uzmysławia sobie, że duchowa harmonia zmienia niecierpliwość w dynamizm działania, a empatię – w zrozumienie; że niczego w życiu nie należy przesądzać. Zauważa, że samodyscyplina na płaszczyźnie mentalnej, duchowej i emocjonalnej dodaje pewności w nowych sytuacjach. Zdyscyplinowany człowiek-kochanek nie podporządkowuje się gładko realiom otoczenia i – z całą pewnością – nie myśli jednokierunkowo i schematycznie. Wewnętrzna samodyscyplina, choć ignoruje niekiedy reguły i tabu, buduje silną osobowość i zagrzewa do czerpania z głębi rzeczy, zjawisk, zachowań i postaw…


Monika Knapczyk w ujmujący sposób przedstawia przemianę głównego bohatera, który – pozostając w sojuszu z prawdą o sobie samym – pragnie obnażać mroczne strony osobowości 

i demaskować te jej zaułki, w których kryją się egoizm, przyzwyczajenia, natręctwa, fobie 
i nadwrażliwości. Świadomość obecności ciemnej strony duszy pozwala bowiem wciągnąć/zmusić ją do pracy nad tworzeniem związku i jego trwaniem. A jest to praca niekończąca się, często syzyfowa…

Kim właściwie jest Vaira? Omamem? Widmem? Boginią? Istotą pozaziemską? Iluzją? Czy może głosem podświadomości zwizualizowanym ze skrawków najgłębszych pragnień?... Nie chcąc zbytnio spoilerować, napiszę tylko tyle, iż jest to niezwykle ważna – wg mnie kluczowa – postać, która otworzy serce i rozum Arkadiusza na istotę związku między dwojgiem ludzi. Pozwoli mu zrozumieć, że istota taka wiedzie ku odkrywaniu w głębi siebie znacznie większych pokładów energii i o wiele większej chęci życia, niż w przypadku, gdy tej istoty nie ma. Poprzez postać Vairy i jej relację z Arkiem, Autorka pokazuje, że w prawdziwym związku miłosnym nie powinno mieć miejsca bezsensowne i bezcelowe rozpraszanie energii na daremne i nieużyteczne zachowania dyktowane konformizmem i hedonizmem. Prawdziwie kochający ludzie powinni skupić się na samodyscyplinie, harmonii, stałości i wierności, które stanowią składowe realnej, namacalnej miłości. Wszak nie bez przyczyny jesteśmy „naczelnymi” (abstrahując od kwestii religijnych, socjologicznych czy czysto etycznych). Stąd w parze z wzajemną adoracją, namiętnością i zmysłowością powinny zawsze kroczyć odpowiedzialność, rozwaga i obopólny szacunek.


Ujęły mnie również tytuły poszczególnych rozdziałów. Tworzą bowiem pewnego rodzaju kantyk – jakby rozpaczliwe wołanie do Czytelnika, aby zatrzymał się na chwilę i zastanowił nad sobą; swoim życiem, przejawami prawdziwej miłości w nie zawsze kolorowej rzeczywistości…




Muszę przyznać, że polubiłam Vairę (nawet bardziej niż Arka). Jej determinacja i opowieści 

o nieustannej walce o uczucie drugiego człowieka przypomniały mi faktyczną rolę kobiety 
i mężczyzny w związku. W dobie, gdy niewielu pojmuje, że prawdziwy feminizm nie polega na maskulinizacji płci pięknej, silny pierwiastek kobiecy jest tak samo istotny w związku jak mocno zaakcentowany pierwiastek męski. Anima i Animus, Yin i Yang – dwie połówki jabłka, tworzące jedną całość. Jednak by w owocu (miłości) nie zagościł „robak”, trzeba nieustannie się starać 
– w przeciwnym razie wszystko weźmie w łeb (tyczy się to zarówno kobiety, jak i mężczyzny).

Na szczególną uwagę zasługują pięknie wkomponowane w treść motywy indiańskie. My – Europejczycy – „zżarliśmy” kulturowo (i nie tylko!) rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Czyżby Autorka chciała pokazać, że w świecie konsumpcjonizmu, materializmu, notorycznych ekspansji i fanatycznego egocentryzmu MIŁOŚĆ dogorywa w niknących sukcesywnie rezerwatach resztek człowieczeństwa i zwyczajnej ludzkiej życzliwości? Hmm… Zdaje się, iż zabrnęłam ciut za daleko, ale 
Vaira wywołuje we mnie prawdziwą burzę emocji… BRAWO dla Pani Moniki!!!

Wracając do głównej myśli, książka jest starannie wydana, a styl Autorki (choć chwilami zimno wyrozumowany) – bez cienia wątpliwości – ryje psychikę i zmusza do myślenia. Monika Knapczyk nachalnie nie moralizuje, a instrumentalno-słownie podszczypuje (czasem dotkliwie) czytelniczą wrażliwość.


Reasumując, przywołam cytat Valerio Albisetti’ego z książki O miłości (który – moim zdaniem – jest idealną pointą dla recenzji Vairy):
Istota rzeczy, która osiąga najwyższy poziom, tworzy pustkę, wypełniającą się miłością 
i świadomością. W tym momencie para znika, bo jest na najwyższym poziomie rozwoju. Dwie tożsamości zlewają się w jedną jedyną tożsamość. Para znika, bo żyje w harmonii ze światem. Sama staje się wszechświatem.

Dziękuję Pani Monice za przypomnienie mi tej prawdy oraz za głęboką, intensywną, kontemplacyjną i naprawdę dobrą, smacznie okraszoną szczyptą romantyczności prozę.

Luiza Borkowska-Ziółkowska


Recenzja pojawi się w pierwszym numerze fanzinu Nowa Wena, poświęconego przede wszystkim mojej twórczości i Wydawnictwu Inspiracje.
Stanowi on kontynuację magazynu literacko-kulturalnego Wena w nowej, nieco skromniejszej odsłonie, i w celu zachowania ciągłości wydań został oznaczony numerem szóstym.




niedziela, 30 czerwca 2019


Recenzja Wieży Zapomnienia autorstwa Katarzyny Chmiel


Czytając „Wieżę zapomnienia i inne opowiadania” Moniki Knapczyk, gdzieś w tyle głowy przebłyskiwały mi słowa Czesława Niemena… „Dziwny jest ten świat, gdzie człowiek słowem złym zabija jak nożem…” Może to niedokładnie tak brzmi, ale sens zdecydowanie oddaje.

„Wieża zapomnienia i inne opowiadania” to zbiór siedmiu krótkich form epickich, z których każda stanowi odrębną całość kompozycyjną, jednak wszystkie poruszają podobne kwestie bliskie pisarce. Monika Knapczyk już w słowie wstępnym anonsuje, że natrafimy tu na liczne motywy autobiograficzne. To prawda, jest ich sporo i rzucają bardzo wyraźne refleksy na całokształt zaprezentowanej twórczości. Przemierzając opowiadania, nie sposób nie zauważyć w nich życiowych kamieni milowych, mających wpływ na drogę pisarki tak osobistą, jak i zawodową, gdzie rozgoryczenie z powodu niespełnionych marzeń ściera się z rozczarowaniem wywołanym zawiedzionymi nadziejami.

W centrum prozy Moniki Knapczyk stoi młoda dziewczyna (z czasem dojrzała kobieta), która doznaje ze strony najbliższych bolesnego braku wsparcia w realizacji swoich pasji. Rani ją chłodna obojętność niezrozumienia przyjemności płynącej ze zgłębiania wiedzy i wewnętrznej potrzeby pracy twórczej, ciążą jej nieudane związki kaleczące serca i wreszcie wprawiają w ciągły stan frustrującej bezradności upokarzające zmagania o pracę, mającą zapewnić choćby minimum stabilności finansowej. Nie bez znaczenia jest także środowisko (z którego bohaterki się wywodzą), reprezentujące patriarchalne spojrzenie na skostniały model rodziny, gdzie role kobiet i mężczyzn już dawno zostały ustalone. W większości przypadków postaci ukazane są 
w momentach zwrotnych, które decydują o kształcie ich dalszych losów, a jednocześnie stają się impulsem do odkrycia ich wcześniejszych historii i tym samym do odtworzenia pełniejszego obrazu.






Monika Knapczyk plastycznie, acz niewylewnie, maluje miejsca i krajobrazy, harmonijnie rozwija wątki i w sposób przemyślany tworzy nastrój oraz atmosferę chwili. W efekcie wprawnie opowiada historie, w które czytelnik płynnie wnika, z zainteresowaniem zatrzymując się na kreowanych przez autorkę zdarzeniach. Natomiast w wypowiedziach bohaterów dla odmiany dominuje konkret i czasami wręcz laserowa precyzja. Wydaje się, że zwarty, skondensowany język głównych postaci wyraża ich brak umiejętności komunikacji, zmierzającej do zrozumienia wzajemnych uczuć, wszak samo artykułowanie potrzeb nie stanowi jeszcze dyskusji. Podejmowane przez bohaterów próby prowadzenia szczątkowych dialogów (będących pewnego rodzaju przepychanką słowną), w których szybko utykają na początkowym etapie, ucinając rozmowę bez składnego wyrażenia własnych uczuć, pokazują, jak ważna dla budowania bliskich relacji jest rozmowa i jak łapczywie bohaterowie pragną uważności, akceptacji i zrozumienia.

„Wieża zapomnienia i inne opowiadania” to szczera próba rozliczenia się z przeszłością, która 
nie pozostaje bez wpływu na teraźniejszość Moniki Knapczyk. Z opowiadań wyłania się niezwykle osobisty obraz autorki, która mocno stara się wyjść poza strefę komfortu, przełamać schematy 
i stereotypy, by poczuć się spełnioną i docenioną. Symboliczne zapomnienie ma pomóc pokonać piekące duszę wspomnienia, dając zielone światło nadziei na realizację upragnionych marzeń. Swoją drogą tę przyczajoną w głębi serca wiarę w słuszność obranego kursu daje nam autorka odczuć w opowiadaniach na wiele sposobów, licząc, że uwolniona od zbędnego ciężaru negatywnych doświadczeń, będzie mogła rozkwitnąć i w pełnym blasku sławy cieszyć się szacunkiem i bogactwem. A co, jeśli to fantastyczne mrzonki możliwe tylko w krainie elfów?

Za egzemplarz książki dziękuję autorce Monice Knapczyk i Wydawnictwu Inspiracje. 

Katarzyna Chmiel („Czytam duszkiem”)


Z recenzją można zapoznać się także na stronie Autorki na Facebooku TUTAJ oraz na jej blogu TUTAJ.






Recenzja Zegara melodii autorstwa Izabelli Teresy Kostki


Pisanie recenzji do tomiku poetyckiego nie należy do łatwych zadań, gdyż jak można oceniać uczucia? Właśnie wiersze, w przeciwieństwie do opowiadań, odzwierciedlają najskrytsze refleksje i odkrywają najgłębsze zakamarki ludzkiej wrażliwości, są jak spowiedź w konfesjonale, przy którym stajemy bezbronni i duchowo nadzy.

Zegar melodii pióra Moniki Knapczyk wydany został w 2018 roku przez założone przez nią Wydawnictwo Inspiracje i dedykowany jest dwojgu dzieciom autorki. Nie spodziewajcie się jednak, mimo tej dość tradycyjnej dedykacji, tomiku wierszy przeznaczonych dla młodego pokolenia. To tylko pozory! Monika Knapczyk zabiera czytelnika w poetycką podróż zwaną Życiem, w którym to jak w kalejdoskopie przeplatają się godziny szczęścia, momenty rozgoryczenia, chwile zwątpienia i refleksji nad ludzką egzystencją, poranki matczynej miłości 
i noce ukrywanych często obaw. Zegar melodii zaskakuje różnorodnością tematyki i emocji, mimo przewagi poezji utrzymanych w klasycznej i rymowanej stylistyce, pojawiają się również wiersze białe, które osobiście uważam za najbardziej interesujące i godne uwagi, gdyż uzewnętrzniają lepiej życiową mądrość i spostrzeżenia autorki.
Zagłębiając się w lekturze tekstów przemierzamy sielankowy i bardzo łagodny wstęp będący 
w pewnym sensie odą do piękna natury ( Miałam dziś senPieśń poranka), wraz 
z wierszami Przed zachodem i Rzeki, które nie płyną przywołani zostajemy do refleksji nad ludzkim trwaniem i przemijaniem, doznajemy gwałtownego przebudzenia czytając pełne żarliwości, gwałtowności i skargi strofy w zaskakującym swym przekazem A tym, którzy błagają o litość:

A tym, którzy błagają o litość
Kopniak w twarz
Niech nie żebrzą
Psy przeklęte

… A tym, którzy czekają na świt
Noc wieczna
Słońce ich nie obroni
Świat jest nasz

… A tym, którzy proszą zmiłowania
Męka wiecznego strachu
Tym jest piekło
Więc wyślijmy ich do wszystkich diabłów

… A tym, którzy utracili nadzieję
Wzgarda
Byliście moimi przyjaciółmi
Czeluść was pochłonie, druhowie

… A tym, którzy piszą takie wiersze
Męka wiecznego niespełnienia
Tym jest piekło
Tym jest piekło poetów

Wstrząsający i niespodziewany wiersz, nawiązujący wydźwiękiem i swą siłą werbalną 
do egzystencjalizmu i poetów przeklętych. Bezpośredni i nieupstrzony pustymi retorycznymi ozdobnikami język, który wyprowadza czytelnika z raczej sielankowatego i pastelowego początku książki, zapowiadając częste zmiany akcji i nastroju. Po kolejnych bardziej klasycznych lirykach utrzymanych w charakterze ballady i tradycyjnych refleksji o upływającym czasie, ludzkiej egzystencji i śmierci (czyli tzw. Kronos, Kairos i Thanatos), pojawia się kolejny przykuwający mą uwagę tekst Po powrocie z Warszawy:

Mój świat jest zielono – złocisto – błękitny
I nie obchodzi mnie wcale
Że tam biurowce
Że dynamiczny rozwój
Że miejsca pracy
Że cudzoziemcy
Że ulice szerokie

Moje miasto jest zielono – złocisto – błękitne
Takie jak lubię
I chociaż pewnie za małe
Za ciche
Za spokojne
Dla tych, co życie nawlekają jak koralik
Na sznury pędzących aut
Chociaż bez szans dla ambitnych
Tych, co wciąż – więcej, wyżej
Kocham je dziką
Irracjonalną miłością

Mój świat jest zielono – złocisto – błękitny
I takim chcę go znać
Już zawsze

W tym utworze przychodzą mi na myśl bezpośrednie analogie z twórczością Wisławy Szymborskiej: pozorna prostota i współczesność języka, tematyka związana z codziennym życiem, przejrzystość lingwistyczna zawarta w białym wierszu o dość zwartej budowie 
i, w pewnym sensie, lekkie poczucie humoru. Czystość i oszczędność w użyciu przymiotników, dobrze otrzymany rytm i struktura nadają tekstowi zdecydowany charakter, bez nadmuchanego sztucznego pathosu i zbędnego potoku słów.

Kolejnymi utworami wartymi zauważenia są z pewnością dwa wiersze, w których znakomicie odczytać można wewnętrzny bunt Autorki. Mam na myśli liryki W mojej głowie myśli i Pytanie. Pierwsza z nich zaskoczyła mnie wyjątkowo, gdyż z przyjemnością dopatrzyłam się w niej elementów w zgodzie z Realizmem Terminalnym – włoskim nurtem, 
o którym często wypowiadam się na łamach polskich czasopism literackich. Z pewnością zbieżność ta była przez Monikę Knapczyk całkowicie niezamierzona, ale nie można ignorować 
jej istnienia. To przecież czyste similitudini rovesciate / odwrócone podobieństwa:

W MOJEJ GŁOWIE MYŚLI

(…) Słowa-klucze
Odmykają znów drzwi
Które chciałam
Zatrzasnąć na zawsze (…)

(…) Plamki pod powiekami
W kolorach dopełniających
Pasma mroku w świetlanej kuli
Wszystkie barwy razem dają światło białe
Ta biel ostra jak skalpel
Kaleczy (…)

Do przytoczenia także tnący jak nóż język wiersza Pytanie:

Drę w strzępy gazety
Depczę z pasją książki
Wrzeszczę na przyjaciół
Niszczę telewizor
Wreszcie się przechylam
Przez otwarte okno
Jestem na krawędzi
I tylko patrzę…
Czy lepiej żyć w realnym świecie
Czy nie żyć wcale?

Te dwa utwory, jak i poprzednio przytoczone, wyłamują się całkowicie z całego cyklu i życzyłabym sobie, aby Autorka poświęciła więcej uwagi takiemu agresywniejszemu i bardziej drapieżnemu wyrażaniu myśli. Właśnie w białych wierszach Monika Knapczyk potrafi zaskoczyć bogactwem odczuć, głębią i trafnością metafor oraz analogii, oryginalnością oksymoronów i interesujących figur stylistycznych. Oczywiście nie zamierzam odbierać wartości poezjom utrzymanym 
w rymach, w formie płynnych tradycyjnych ballad o określonym rytmie i budowie. Doceniam zawsze znajomość kunsztu i zasad klasycznej poetyki, lecz faworyzuję szczególnie mocno poszukiwanie nowej ekspresji artystycznej, indywidualność i bezpośredni, współczesny impakt tekstu. De gustibus czyli są gusty i guściki, ale śledząc od lat światowe tendencje, uczestnicząc w wielu sympozjach i międzynarodowych targach wydawniczych, mogę śmiało potwierdzić, 
iż nastąpił całkowity odwrót od poezji rymowanej na rzecz oszczędności słowa, hermetyzmu, zwartej budowy tekstu i dbałości o czystość formy białej strofy. Nie chodzi tu bynajmniej 
o udziwnienie i sztuczność, ale o rewolucyjne podejście do samego merytorycznego znaczenia słowa. To taka dygresja na marginesie, która nie zamierza krytykować, lecz zasygnalizować bardziej poszukiwane i doceniane elementy we współczesnej poezji.







W wielu zręcznie napisanych balladach i rymowanych poezjach docenić należy z pewnością duży liryzm, naturalność strof i płynność poetyckiej narracji, hedonizm i pewną dozę miłości 
do ojczystego kraju. Wiersze stwarzają wrażenie konsekwentnych zmian pór roku czyli upływu godzin ludzkiego życia (świt – dzieciństwo, południe – młodość, popołudnie – wiek dojrzały, zmrok – starość). Pięknie obrazują to liryki SierpieńZimaOnaZegaryRealizm
Tak wiele już przeżyć i poznać zdołałam oraz Sen:

Niebo rozbrzmiewa śpiewem aniołów
Na ziemi
Zapada wreszcie latarniana cisza
Gdzieś daleko huczy
Ostatni spóźniony pociąg
Gdzieś blisko ciebie
Cichnie bezsilny
Szloch odrzuconej miłości

Czemu płaczesz, dziecinko?
To jeszcze nie twój czas

Patrz!
Gwiazdy gubią łzy
W kryształowych sadzawkach rozpaczy
Dziś jeszcze nie płacz
Kiedyś umrzeć nie starczy ci sił
A dziś śnij gwiazdy, anioły, pociągi
Dziś śpij

We wszystkich utworach Moniki Knapczyk odczuwamy głęboką wrażliwość, człowieczeństwo, miłość uniwersalną i tę matczyną, refleksyjny stoicyzm na przemian z gwałtownym buntem 
i oskarżeniem często kapryśnego ziemskiego przeznaczenia.
Zegar życia jest z pewnością interesującym i wartym lektury zbiorem poezji, wśród których 
na uprzywilejowanym miejscu znajdzie się czytelnik o bardziej tradycyjnym guście, ale 
i wielbiciele poezji współczesnej wyszukają w nim godne pochwały wiersze. To wielki kalejdoskop uczuć i przeżyć, dziennik podróży i dojrzewania, patchwork o różnorodnych barwach i nastrojach. To karuzela emocji wirujących w rytm bicia zegara, którego nikt z nas nigdy nie będzie potrafił zatrzymać.

Izabella Teresa Kostka
Mediolan, 25.06.2019


Z recenzją można zapoznać się również na blogu Autorki "Podtekst kulturalny" TUTAJ.





sobota, 22 czerwca 2019


Zakończenie prac nad Weną


Ponieważ domknęłam już wszystkie sprawy związane z piątym (majowym) numerem pisma, przyszła pora na oficjalne zamknięcie prac nad magazynem kulturalno-literackim „Wena” 
Ta niełatwa decyzja poprzedzona była wieloma wątpliwościami. Przecież początkowo „Wena” zdawała się być spełnieniem moich marzeń, przysłowiowym strzałem w dziesiątkę i pomysłem 
na siebie na resztę życia. Cóż więc się stało, że zaledwie po pięciu wydaniach „Wena” kona śmiercią w gruncie rzeczy naturalną...?
Dla niektórych te pół roku to wciąż tylko początek, powijaki pisma, ale dla mnie to sporo czasu. Już widać wiodące trendy w jego rozwoju, a także – niestety – brak możliwości skorygowania kierunku bez drastycznych, sięgających samych fundamentów zmian.

A więc po pierwsze: zaważyła bardzo mała ilość „zwyczajnych” czytelników oraz brak zaangażowania z ich strony w życie pisma. Założyłam na samym wstępie, że pierwszy numer będzie mieć ok. 200-300 odbiorców, a potem ta liczba będzie tylko rosła. Martwiłam się jedynie 
o to, czy przekonam autorów do współpracy z magazynem. Rzeczywistość okazała się całkowicie inna. Autorzy współpracują chętnie i wielu nawet dopytuje się o możliwość publikacji w „Wenie”, 
a brakuje właśnie czytelników. Jeśli jacyś się trafiają, to raczej się nie ujawniają. „Wena” jest potrzebna głównie publikującym w niej autorom. Ogromnie doceniam ich zaangażowanie, lecz nie jest to moje pierwsze smutne doświadczenie tego rodzaju. Serwis literacki, na którym udzielałam się wiele już lat temu, nazywał się opowiadania.pl. Autorzy nawzajem czytali tam, komentowali 
i oceniali swoje prace. Może jestem staroświecka, ale moim zdaniem nie o to powinno chodzić 
w literaturze. Tęsknię za czasami, gdy istniał twórca i odbiorca, i nie zawsze byli oni tą samą osobą...
Zastanawiam się, gdzie popełniłam w tym wszystkim błąd, i wydaje mi się, że problemy zaczęły się w momencie, gdy plik „Weny” okazał się zbyt duży na skrzynkę e-mail oraz priv na Facebooku. Zdecydowałam się na wysyłkę magazynu za pośrednictwem dość kłopotliwej strony WeTransfer, a potem na założenie grupy na Facebooku i publikowanie „Weny” właśnie tam. Rozwiązanie to wydawało się zbawieniem, ponieważ uwalniało mnie od ogromnej ilości żmudnej pracy. Niestety, po raz kolejny nie wzięłam pod uwagę... ludzkiej natury. Większość internautów otworzy załącznik w prywatnej wiadomości, ze zgraniem pliku z grupy jest już znacznie gorzej.
Sama grupa też niestety raczej się nie sprawdziła. Zaledwie kilkanaście osób angażowało się 
w sprawy magazynu, cała reszta tkwi w niej z jakiś zupełnie innych powodów. A to znajomy zaprosił i nie wypadało odmówić, a to autopromocja gdzie tylko się da... Gdzież tam ktoś będzie zwracać uwagę na nazwę i cel istnienia grupy, gdzież tam przestrzeganie regulaminu czy niepisanych oczekiwań... Dobitnie pokazały to zresztą niedawne apele i ankiety z mojej strony, 
na które zareagowała zawsze ta sama grupa aktywnych osób. I niestety tylko oni.

Po drugie: zawsze warto zastanowić się, co jest celem, a co środkiem. Zrobić sobie taką gradację celów i wiodących do nich środków, i zastanowić się, czy przypadkiem nie zamieniają się one miejscami. W tej sytuacji celem powołania „Weny” do istnienia było zwiększenie zainteresowania moją twórczością oraz zachęcenie większej ilości osób do zakupu książek Wydawnictwa Inspiracje. Właśnie tu leży źródło mojego zarobku, a sam magazyn jest całkowicie non profit, nawet w wersji drukowanej (cena pokrywała jedynie koszty).
Cel ten został osiągnięty w bardzo małym stopniu, a w zasadzie to magazyn sam w sobie stał się celem. Kilka książek wprawdzie sprzedało się dzięki „Wenie”, lecz na pewno jest to o wiele mniejsza liczba, niż gdybym skupiła się w tym czasie na samej tylko promocji i sprzedaży. Magazyn nie tylko nie poprawił moich wyników sprzedażowych, lecz wręcz je pogorszył, i pod tym względem te pół roku to jest czas stracony. Niestety, nie uda mi się sprzedawać w „czyściutki” 
i przyjemny sposób, czytelnicy nie przyjdą sami po te książki. Muszę ubrudzić sobie ręce, zaczepiając i agitując potencjalnych kupujących online i na żywo.
Odniósł się zresztą do tego już na początku jeden z czytelników „Weny”. Ludzie czytają magazyn dla ciekawych treści, tworzonych przez różne osoby, a nie po to, by kupować publikacje konkretnego autora. Gazeta nie może być folderem reklamowym. Żałuję teraz, że mu wtedy 
nie uwierzyłam.
Mam taką szafkę na balkonie, w której przechowuję nakłady moich książek. Opróżnienie tej szafki, a mówiąc w inny sposób, sprzedanie się tych wszystkich książek rozwiązałoby moje aktualne trudności finansowe. Niestety, szafka jest wciąż pełna, konto bankowe puste, a źródłem dodatkowego dochodu jest wsparcie rodziny... Ta sytuacja sama w sobie wystarczy, 
by skorygować kurs i poszukać innych, lepszych dróg.

Po trzecie: kontynuacja prac nad „Weną” oznaczałaby faktyczne zamknięcie Wydawnictwa Inspiracje, albo mówiąc inaczej, magazyn pozostałby jego jedyną publikacją. Zakładałam na początku roku, że do końca czerwca wydam swoją kolejną książkę o tytule „Córka słońca. Zderzenie światów”, w postaci druku i e-booka. Nawet w połowie nie zbliżyłam się do zrealizowania tego celu, ponieważ większość swojego czasu przy komputerze poświęciłam „Wenie”. Jeśli pismo pozostanie przy życiu, nie będę także wydawać książek innych autorów 
i nie napiszę już nic nowego, ponieważ zwyczajnie nie będę miała na to czasu i sił.
Gdzie znów popełniłam błąd...? Nie doceniłam na początku olbrzymiego zaangażowania czasowego, jakiego wymagało ode mnie poprowadzenie tak ambitnego projektu wydawniczego. Tym więcej, że duża ilość pracy to typowe zajęcia sekretarki. „Wena” jest projektem zbyt dużym, zbyt ambitnym, o zbyt szerokim profilu, dlatego też szybko mnie on przerósł. Napięcie związane z terminowym ukazywaniem się kolejnych numerów, szczególnie w kontekście łączenia tej pracy z rolami pracownicy, gospodyni domowej i matki, oraz niemożność znalezienia czasu po prostu 
na relaks, spowodowały u mnie znaczące pogorszenie nastroju w ostatnim półroczu, ciągłą nerwowość i brak koncentracji. Entuzjazm prędko wygasł, i już przy trzecim numerze wręcz wymuszałam na sobie redakcyjną aktywność, odczuwając już nie radość z dobrze wykonywanej roboty, lecz ulgę, że wreszcie jest po wszystkim...

Po czwarte: druk „Weny” na długo przed tym, zanim byłam na to gotowa, zdecydowanie nie był dobrym pomysłem. Zanim mogłam wydrukować ją za własne środki, zamiast żebrać 
w instytucjach lub zbierać pieniądze od internautów. Zanim mogłam zapewnić współpracownikom darmowe egzemplarze autorskie, o czym pisała na grupie jedna z czytelniczek. Godząc się na takie warunki, z redaktora z prawdziwego zdarzenia stałam się osobą świadczącą usługi redakcyjne, umieszczającą w „Wenie” to, za co autor był gotów zapłacić. Druk jako sukces...? Nie, wydrukowanie czegokolwiek nie jest w dzisiejszych czasach sukcesem. Wystarczy umieć jako tako złożyć poprawnie plik i mieć pieniądze dla drukarni. Sukces to osiąganie ważnych dla siebie celów oraz poprawianie jakości życia swojego i bliskich.

Podsumowując, czy mogłabym zrobić cokolwiek, by jednak uratować i poprowadzić dalej „Wenę”...? Myślałam o tym, by wprowadzić odpłatność za wersję e-book w wysokości 5 zł miesięcznie. Już przy dwustu osobach zainteresowanych osiągnęłabym dochód, który pozwoliłby mi na rezygnację z aktualnej pracy zarobkowej – tak, właśnie tyle teraz zarabiam – i zajmowanie się „Weną” w typowym czasie pracy, zamiast po nocach. Niestety wiem, że ten plan z góry skazany byłby na niepowodzenie. Zainteresowane byłyby dwie, góra trzy osoby, które zrobiłyby to bardziej dla mnie niż dla samej elektronicznej „Weny”. Ludzie nie chcą płacić za pliki, nawet jeśli czas potrzebny na ich przygotowanie jest taki sam jak w przypadku wydania na papierze.
Gdyby moje publikacje jednak sprzedawały się dzięki „Wenie”, choćby jedna dziennie, zarabiałabym miesięcznie ok. 700 zł brutto. Co już byłoby wynikiem zadowalającym 
i usprawiedliwiającym dalsze istnienie magazynu. Potrzebowałabym jednak w tym celu przynajmniej setki nowych aktywnych czytelników w każdym miesiącu, a nie tylko grupki zaangażowanych autorów.
Moje pierwsze wyobrażenia związane z „Weną”...? To bycie w posiadaniu majątku, który zapewniłby mi brak konieczności wykonywania pracy zarobkowej, a także brak konieczności zarobkowania na samej twórczości, majątku zdobytego dzięki np. wygranej w Lotto lub spekulacji bitcoinem. To możliwość wydania takiej ilości pieniędzy, jaka byłaby potrzebna, aby tchnąć w to pismo prawdziwe życie. To możliwość zajmowania się nią w typowych godzinach pracy 
i przeznaczanie wieczorów dla bliskich, na inne hobby i relaks. To posiadanie dobrze wyposażonego biura, które pozwoliłoby mi na oddzielenie pracy od życia prywatnego.
Uruchomiłam „Wenę” na długo przed tym, zanim którykolwiek z tych warunków został spełniony, zakładając, że powoli będę zmierzać w takim właśnie kierunku, i teraz widzę, że to był błąd. Tragiczny w skutkach falstart. Wciąż wierzę, że wejdę kiedyś w posiadanie wystarczająco dużego majątku, który pozwoli mi na reaktywowanie „Weny” na własnych warunkach, może za kilka, może za kilkanaście lat, i dlatego nie mówię: żegnajcie, ale: do zobaczenia! Kolejny numer „Weny” będzie nie pierwszym, ale szóstym.

Chciałabym z całego serca podziękować wszystkim osobom w jakikolwiek, choćby 
w najmniejszym stopniu zaangażowanym w życie „Weny” oraz zaznaczyć, że ogromnie doceniam Wasz wkład i Waszą miłość do słowa pisanego. 
Mam więc nadzieję, że pewnego dnia zbierzemy się znów wszyscy wokół „Weny” w takim samym, a nawet dużo większym gronie 
Grupa na Facebooku nie będzie przeze mnie rozwiązana, ponieważ nie chcę rozpraszać zgranego już zespołu autorów i przyjaciół. Zmieniam tylko jej nazwę na bardziej stosowną w tej sytuacji: Nasza poezja i proza. Jej nowe cele to prezentacja amatorskiej i profesjonalnej twórczości, popularyzacja czytelnictwa oraz informowanie o wydarzeniach związanych z literaturą i kulturą. Nadal zachęcam więc wszystkie osoby, które mają profil na Facebooku, do członkostwa w tej grupie. Będę tam informować sympatyków Projektu Inspiracje o moich dalszych poczynaniach jako autorka i wydawca, a może uda mi się nawet nawiązać z niektórymi z Was współpracę 
w ramach wydawnictwa 


Do zobaczenia wraz z „Weną” w jakiejś lepszej rzeczywistości, Kochani.