niedziela, 30 czerwca 2019


Recenzja Wieży Zapomnienia autorstwa Katarzyny Chmiel


Czytając „Wieżę zapomnienia i inne opowiadania” Moniki Knapczyk, gdzieś w tyle głowy przebłyskiwały mi słowa Czesława Niemena… „Dziwny jest ten świat, gdzie człowiek słowem złym zabija jak nożem…” Może to niedokładnie tak brzmi, ale sens zdecydowanie oddaje.

„Wieża zapomnienia i inne opowiadania” to zbiór siedmiu krótkich form epickich, z których każda stanowi odrębną całość kompozycyjną, jednak wszystkie poruszają podobne kwestie bliskie pisarce. Monika Knapczyk już w słowie wstępnym anonsuje, że natrafimy tu na liczne motywy autobiograficzne. To prawda, jest ich sporo i rzucają bardzo wyraźne refleksy na całokształt zaprezentowanej twórczości. Przemierzając opowiadania, nie sposób nie zauważyć w nich życiowych kamieni milowych, mających wpływ na drogę pisarki tak osobistą, jak i zawodową, gdzie rozgoryczenie z powodu niespełnionych marzeń ściera się z rozczarowaniem wywołanym zawiedzionymi nadziejami.

W centrum prozy Moniki Knapczyk stoi młoda dziewczyna (z czasem dojrzała kobieta), która doznaje ze strony najbliższych bolesnego braku wsparcia w realizacji swoich pasji. Rani ją chłodna obojętność niezrozumienia przyjemności płynącej ze zgłębiania wiedzy i wewnętrznej potrzeby pracy twórczej, ciążą jej nieudane związki kaleczące serca i wreszcie wprawiają w ciągły stan frustrującej bezradności upokarzające zmagania o pracę, mającą zapewnić choćby minimum stabilności finansowej. Nie bez znaczenia jest także środowisko (z którego bohaterki się wywodzą), reprezentujące patriarchalne spojrzenie na skostniały model rodziny, gdzie role kobiet i mężczyzn już dawno zostały ustalone. W większości przypadków postaci ukazane są 
w momentach zwrotnych, które decydują o kształcie ich dalszych losów, a jednocześnie stają się impulsem do odkrycia ich wcześniejszych historii i tym samym do odtworzenia pełniejszego obrazu.






Monika Knapczyk plastycznie, acz niewylewnie, maluje miejsca i krajobrazy, harmonijnie rozwija wątki i w sposób przemyślany tworzy nastrój oraz atmosferę chwili. W efekcie wprawnie opowiada historie, w które czytelnik płynnie wnika, z zainteresowaniem zatrzymując się na kreowanych przez autorkę zdarzeniach. Natomiast w wypowiedziach bohaterów dla odmiany dominuje konkret i czasami wręcz laserowa precyzja. Wydaje się, że zwarty, skondensowany język głównych postaci wyraża ich brak umiejętności komunikacji, zmierzającej do zrozumienia wzajemnych uczuć, wszak samo artykułowanie potrzeb nie stanowi jeszcze dyskusji. Podejmowane przez bohaterów próby prowadzenia szczątkowych dialogów (będących pewnego rodzaju przepychanką słowną), w których szybko utykają na początkowym etapie, ucinając rozmowę bez składnego wyrażenia własnych uczuć, pokazują, jak ważna dla budowania bliskich relacji jest rozmowa i jak łapczywie bohaterowie pragną uważności, akceptacji i zrozumienia.

„Wieża zapomnienia i inne opowiadania” to szczera próba rozliczenia się z przeszłością, która 
nie pozostaje bez wpływu na teraźniejszość Moniki Knapczyk. Z opowiadań wyłania się niezwykle osobisty obraz autorki, która mocno stara się wyjść poza strefę komfortu, przełamać schematy 
i stereotypy, by poczuć się spełnioną i docenioną. Symboliczne zapomnienie ma pomóc pokonać piekące duszę wspomnienia, dając zielone światło nadziei na realizację upragnionych marzeń. Swoją drogą tę przyczajoną w głębi serca wiarę w słuszność obranego kursu daje nam autorka odczuć w opowiadaniach na wiele sposobów, licząc, że uwolniona od zbędnego ciężaru negatywnych doświadczeń, będzie mogła rozkwitnąć i w pełnym blasku sławy cieszyć się szacunkiem i bogactwem. A co, jeśli to fantastyczne mrzonki możliwe tylko w krainie elfów?

Za egzemplarz książki dziękuję autorce Monice Knapczyk i Wydawnictwu Inspiracje. 

Katarzyna Chmiel („Czytam duszkiem”)


Z recenzją można zapoznać się także na stronie Autorki na Facebooku TUTAJ oraz na jej blogu TUTAJ.






Recenzja Zegara melodii autorstwa Izabelli Teresy Kostki


Pisanie recenzji do tomiku poetyckiego nie należy do łatwych zadań, gdyż jak można oceniać uczucia? Właśnie wiersze, w przeciwieństwie do opowiadań, odzwierciedlają najskrytsze refleksje i odkrywają najgłębsze zakamarki ludzkiej wrażliwości, są jak spowiedź w konfesjonale, przy którym stajemy bezbronni i duchowo nadzy.

Zegar melodii pióra Moniki Knapczyk wydany został w 2018 roku przez założone przez nią Wydawnictwo Inspiracje i dedykowany jest dwojgu dzieciom autorki. Nie spodziewajcie się jednak, mimo tej dość tradycyjnej dedykacji, tomiku wierszy przeznaczonych dla młodego pokolenia. To tylko pozory! Monika Knapczyk zabiera czytelnika w poetycką podróż zwaną Życiem, w którym to jak w kalejdoskopie przeplatają się godziny szczęścia, momenty rozgoryczenia, chwile zwątpienia i refleksji nad ludzką egzystencją, poranki matczynej miłości 
i noce ukrywanych często obaw. Zegar melodii zaskakuje różnorodnością tematyki i emocji, mimo przewagi poezji utrzymanych w klasycznej i rymowanej stylistyce, pojawiają się również wiersze białe, które osobiście uważam za najbardziej interesujące i godne uwagi, gdyż uzewnętrzniają lepiej życiową mądrość i spostrzeżenia autorki.
Zagłębiając się w lekturze tekstów przemierzamy sielankowy i bardzo łagodny wstęp będący 
w pewnym sensie odą do piękna natury ( Miałam dziś senPieśń poranka), wraz 
z wierszami Przed zachodem i Rzeki, które nie płyną przywołani zostajemy do refleksji nad ludzkim trwaniem i przemijaniem, doznajemy gwałtownego przebudzenia czytając pełne żarliwości, gwałtowności i skargi strofy w zaskakującym swym przekazem A tym, którzy błagają o litość:

A tym, którzy błagają o litość
Kopniak w twarz
Niech nie żebrzą
Psy przeklęte

… A tym, którzy czekają na świt
Noc wieczna
Słońce ich nie obroni
Świat jest nasz

… A tym, którzy proszą zmiłowania
Męka wiecznego strachu
Tym jest piekło
Więc wyślijmy ich do wszystkich diabłów

… A tym, którzy utracili nadzieję
Wzgarda
Byliście moimi przyjaciółmi
Czeluść was pochłonie, druhowie

… A tym, którzy piszą takie wiersze
Męka wiecznego niespełnienia
Tym jest piekło
Tym jest piekło poetów

Wstrząsający i niespodziewany wiersz, nawiązujący wydźwiękiem i swą siłą werbalną 
do egzystencjalizmu i poetów przeklętych. Bezpośredni i nieupstrzony pustymi retorycznymi ozdobnikami język, który wyprowadza czytelnika z raczej sielankowatego i pastelowego początku książki, zapowiadając częste zmiany akcji i nastroju. Po kolejnych bardziej klasycznych lirykach utrzymanych w charakterze ballady i tradycyjnych refleksji o upływającym czasie, ludzkiej egzystencji i śmierci (czyli tzw. Kronos, Kairos i Thanatos), pojawia się kolejny przykuwający mą uwagę tekst Po powrocie z Warszawy:

Mój świat jest zielono – złocisto – błękitny
I nie obchodzi mnie wcale
Że tam biurowce
Że dynamiczny rozwój
Że miejsca pracy
Że cudzoziemcy
Że ulice szerokie

Moje miasto jest zielono – złocisto – błękitne
Takie jak lubię
I chociaż pewnie za małe
Za ciche
Za spokojne
Dla tych, co życie nawlekają jak koralik
Na sznury pędzących aut
Chociaż bez szans dla ambitnych
Tych, co wciąż – więcej, wyżej
Kocham je dziką
Irracjonalną miłością

Mój świat jest zielono – złocisto – błękitny
I takim chcę go znać
Już zawsze

W tym utworze przychodzą mi na myśl bezpośrednie analogie z twórczością Wisławy Szymborskiej: pozorna prostota i współczesność języka, tematyka związana z codziennym życiem, przejrzystość lingwistyczna zawarta w białym wierszu o dość zwartej budowie 
i, w pewnym sensie, lekkie poczucie humoru. Czystość i oszczędność w użyciu przymiotników, dobrze otrzymany rytm i struktura nadają tekstowi zdecydowany charakter, bez nadmuchanego sztucznego pathosu i zbędnego potoku słów.

Kolejnymi utworami wartymi zauważenia są z pewnością dwa wiersze, w których znakomicie odczytać można wewnętrzny bunt Autorki. Mam na myśli liryki W mojej głowie myśli i Pytanie. Pierwsza z nich zaskoczyła mnie wyjątkowo, gdyż z przyjemnością dopatrzyłam się w niej elementów w zgodzie z Realizmem Terminalnym – włoskim nurtem, 
o którym często wypowiadam się na łamach polskich czasopism literackich. Z pewnością zbieżność ta była przez Monikę Knapczyk całkowicie niezamierzona, ale nie można ignorować 
jej istnienia. To przecież czyste similitudini rovesciate / odwrócone podobieństwa:

W MOJEJ GŁOWIE MYŚLI

(…) Słowa-klucze
Odmykają znów drzwi
Które chciałam
Zatrzasnąć na zawsze (…)

(…) Plamki pod powiekami
W kolorach dopełniających
Pasma mroku w świetlanej kuli
Wszystkie barwy razem dają światło białe
Ta biel ostra jak skalpel
Kaleczy (…)

Do przytoczenia także tnący jak nóż język wiersza Pytanie:

Drę w strzępy gazety
Depczę z pasją książki
Wrzeszczę na przyjaciół
Niszczę telewizor
Wreszcie się przechylam
Przez otwarte okno
Jestem na krawędzi
I tylko patrzę…
Czy lepiej żyć w realnym świecie
Czy nie żyć wcale?

Te dwa utwory, jak i poprzednio przytoczone, wyłamują się całkowicie z całego cyklu i życzyłabym sobie, aby Autorka poświęciła więcej uwagi takiemu agresywniejszemu i bardziej drapieżnemu wyrażaniu myśli. Właśnie w białych wierszach Monika Knapczyk potrafi zaskoczyć bogactwem odczuć, głębią i trafnością metafor oraz analogii, oryginalnością oksymoronów i interesujących figur stylistycznych. Oczywiście nie zamierzam odbierać wartości poezjom utrzymanym 
w rymach, w formie płynnych tradycyjnych ballad o określonym rytmie i budowie. Doceniam zawsze znajomość kunsztu i zasad klasycznej poetyki, lecz faworyzuję szczególnie mocno poszukiwanie nowej ekspresji artystycznej, indywidualność i bezpośredni, współczesny impakt tekstu. De gustibus czyli są gusty i guściki, ale śledząc od lat światowe tendencje, uczestnicząc w wielu sympozjach i międzynarodowych targach wydawniczych, mogę śmiało potwierdzić, 
iż nastąpił całkowity odwrót od poezji rymowanej na rzecz oszczędności słowa, hermetyzmu, zwartej budowy tekstu i dbałości o czystość formy białej strofy. Nie chodzi tu bynajmniej 
o udziwnienie i sztuczność, ale o rewolucyjne podejście do samego merytorycznego znaczenia słowa. To taka dygresja na marginesie, która nie zamierza krytykować, lecz zasygnalizować bardziej poszukiwane i doceniane elementy we współczesnej poezji.







W wielu zręcznie napisanych balladach i rymowanych poezjach docenić należy z pewnością duży liryzm, naturalność strof i płynność poetyckiej narracji, hedonizm i pewną dozę miłości 
do ojczystego kraju. Wiersze stwarzają wrażenie konsekwentnych zmian pór roku czyli upływu godzin ludzkiego życia (świt – dzieciństwo, południe – młodość, popołudnie – wiek dojrzały, zmrok – starość). Pięknie obrazują to liryki SierpieńZimaOnaZegaryRealizm
Tak wiele już przeżyć i poznać zdołałam oraz Sen:

Niebo rozbrzmiewa śpiewem aniołów
Na ziemi
Zapada wreszcie latarniana cisza
Gdzieś daleko huczy
Ostatni spóźniony pociąg
Gdzieś blisko ciebie
Cichnie bezsilny
Szloch odrzuconej miłości

Czemu płaczesz, dziecinko?
To jeszcze nie twój czas

Patrz!
Gwiazdy gubią łzy
W kryształowych sadzawkach rozpaczy
Dziś jeszcze nie płacz
Kiedyś umrzeć nie starczy ci sił
A dziś śnij gwiazdy, anioły, pociągi
Dziś śpij

We wszystkich utworach Moniki Knapczyk odczuwamy głęboką wrażliwość, człowieczeństwo, miłość uniwersalną i tę matczyną, refleksyjny stoicyzm na przemian z gwałtownym buntem 
i oskarżeniem często kapryśnego ziemskiego przeznaczenia.
Zegar życia jest z pewnością interesującym i wartym lektury zbiorem poezji, wśród których 
na uprzywilejowanym miejscu znajdzie się czytelnik o bardziej tradycyjnym guście, ale 
i wielbiciele poezji współczesnej wyszukają w nim godne pochwały wiersze. To wielki kalejdoskop uczuć i przeżyć, dziennik podróży i dojrzewania, patchwork o różnorodnych barwach i nastrojach. To karuzela emocji wirujących w rytm bicia zegara, którego nikt z nas nigdy nie będzie potrafił zatrzymać.

Izabella Teresa Kostka
Mediolan, 25.06.2019


Z recenzją można zapoznać się również na blogu Autorki "Podtekst kulturalny" TUTAJ.





sobota, 22 czerwca 2019


Zakończenie prac nad Weną


Ponieważ domknęłam już wszystkie sprawy związane z piątym (majowym) numerem pisma, przyszła pora na oficjalne zamknięcie prac nad magazynem kulturalno-literackim „Wena” 
Ta niełatwa decyzja poprzedzona była wieloma wątpliwościami. Przecież początkowo „Wena” zdawała się być spełnieniem moich marzeń, przysłowiowym strzałem w dziesiątkę i pomysłem 
na siebie na resztę życia. Cóż więc się stało, że zaledwie po pięciu wydaniach „Wena” kona śmiercią w gruncie rzeczy naturalną...?
Dla niektórych te pół roku to wciąż tylko początek, powijaki pisma, ale dla mnie to sporo czasu. Już widać wiodące trendy w jego rozwoju, a także – niestety – brak możliwości skorygowania kierunku bez drastycznych, sięgających samych fundamentów zmian.

A więc po pierwsze: zaważyła bardzo mała ilość „zwyczajnych” czytelników oraz brak zaangażowania z ich strony w życie pisma. Założyłam na samym wstępie, że pierwszy numer będzie mieć ok. 200-300 odbiorców, a potem ta liczba będzie tylko rosła. Martwiłam się jedynie 
o to, czy przekonam autorów do współpracy z magazynem. Rzeczywistość okazała się całkowicie inna. Autorzy współpracują chętnie i wielu nawet dopytuje się o możliwość publikacji w „Wenie”, 
a brakuje właśnie czytelników. Jeśli jacyś się trafiają, to raczej się nie ujawniają. „Wena” jest potrzebna głównie publikującym w niej autorom. Ogromnie doceniam ich zaangażowanie, lecz nie jest to moje pierwsze smutne doświadczenie tego rodzaju. Serwis literacki, na którym udzielałam się wiele już lat temu, nazywał się opowiadania.pl. Autorzy nawzajem czytali tam, komentowali 
i oceniali swoje prace. Może jestem staroświecka, ale moim zdaniem nie o to powinno chodzić 
w literaturze. Tęsknię za czasami, gdy istniał twórca i odbiorca, i nie zawsze byli oni tą samą osobą...
Zastanawiam się, gdzie popełniłam w tym wszystkim błąd, i wydaje mi się, że problemy zaczęły się w momencie, gdy plik „Weny” okazał się zbyt duży na skrzynkę e-mail oraz priv na Facebooku. Zdecydowałam się na wysyłkę magazynu za pośrednictwem dość kłopotliwej strony WeTransfer, a potem na założenie grupy na Facebooku i publikowanie „Weny” właśnie tam. Rozwiązanie to wydawało się zbawieniem, ponieważ uwalniało mnie od ogromnej ilości żmudnej pracy. Niestety, po raz kolejny nie wzięłam pod uwagę... ludzkiej natury. Większość internautów otworzy załącznik w prywatnej wiadomości, ze zgraniem pliku z grupy jest już znacznie gorzej.
Sama grupa też niestety raczej się nie sprawdziła. Zaledwie kilkanaście osób angażowało się 
w sprawy magazynu, cała reszta tkwi w niej z jakiś zupełnie innych powodów. A to znajomy zaprosił i nie wypadało odmówić, a to autopromocja gdzie tylko się da... Gdzież tam ktoś będzie zwracać uwagę na nazwę i cel istnienia grupy, gdzież tam przestrzeganie regulaminu czy niepisanych oczekiwań... Dobitnie pokazały to zresztą niedawne apele i ankiety z mojej strony, 
na które zareagowała zawsze ta sama grupa aktywnych osób. I niestety tylko oni.

Po drugie: zawsze warto zastanowić się, co jest celem, a co środkiem. Zrobić sobie taką gradację celów i wiodących do nich środków, i zastanowić się, czy przypadkiem nie zamieniają się one miejscami. W tej sytuacji celem powołania „Weny” do istnienia było zwiększenie zainteresowania moją twórczością oraz zachęcenie większej ilości osób do zakupu książek Wydawnictwa Inspiracje. Właśnie tu leży źródło mojego zarobku, a sam magazyn jest całkowicie non profit, nawet w wersji drukowanej (cena pokrywała jedynie koszty).
Cel ten został osiągnięty w bardzo małym stopniu, a w zasadzie to magazyn sam w sobie stał się celem. Kilka książek wprawdzie sprzedało się dzięki „Wenie”, lecz na pewno jest to o wiele mniejsza liczba, niż gdybym skupiła się w tym czasie na samej tylko promocji i sprzedaży. Magazyn nie tylko nie poprawił moich wyników sprzedażowych, lecz wręcz je pogorszył, i pod tym względem te pół roku to jest czas stracony. Niestety, nie uda mi się sprzedawać w „czyściutki” 
i przyjemny sposób, czytelnicy nie przyjdą sami po te książki. Muszę ubrudzić sobie ręce, zaczepiając i agitując potencjalnych kupujących online i na żywo.
Odniósł się zresztą do tego już na początku jeden z czytelników „Weny”. Ludzie czytają magazyn dla ciekawych treści, tworzonych przez różne osoby, a nie po to, by kupować publikacje konkretnego autora. Gazeta nie może być folderem reklamowym. Żałuję teraz, że mu wtedy 
nie uwierzyłam.
Mam taką szafkę na balkonie, w której przechowuję nakłady moich książek. Opróżnienie tej szafki, a mówiąc w inny sposób, sprzedanie się tych wszystkich książek rozwiązałoby moje aktualne trudności finansowe. Niestety, szafka jest wciąż pełna, konto bankowe puste, a źródłem dodatkowego dochodu jest wsparcie rodziny... Ta sytuacja sama w sobie wystarczy, 
by skorygować kurs i poszukać innych, lepszych dróg.

Po trzecie: kontynuacja prac nad „Weną” oznaczałaby faktyczne zamknięcie Wydawnictwa Inspiracje, albo mówiąc inaczej, magazyn pozostałby jego jedyną publikacją. Zakładałam na początku roku, że do końca czerwca wydam swoją kolejną książkę o tytule „Córka słońca. Zderzenie światów”, w postaci druku i e-booka. Nawet w połowie nie zbliżyłam się do zrealizowania tego celu, ponieważ większość swojego czasu przy komputerze poświęciłam „Wenie”. Jeśli pismo pozostanie przy życiu, nie będę także wydawać książek innych autorów 
i nie napiszę już nic nowego, ponieważ zwyczajnie nie będę miała na to czasu i sił.
Gdzie znów popełniłam błąd...? Nie doceniłam na początku olbrzymiego zaangażowania czasowego, jakiego wymagało ode mnie poprowadzenie tak ambitnego projektu wydawniczego. Tym więcej, że duża ilość pracy to typowe zajęcia sekretarki. „Wena” jest projektem zbyt dużym, zbyt ambitnym, o zbyt szerokim profilu, dlatego też szybko mnie on przerósł. Napięcie związane z terminowym ukazywaniem się kolejnych numerów, szczególnie w kontekście łączenia tej pracy z rolami pracownicy, gospodyni domowej i matki, oraz niemożność znalezienia czasu po prostu 
na relaks, spowodowały u mnie znaczące pogorszenie nastroju w ostatnim półroczu, ciągłą nerwowość i brak koncentracji. Entuzjazm prędko wygasł, i już przy trzecim numerze wręcz wymuszałam na sobie redakcyjną aktywność, odczuwając już nie radość z dobrze wykonywanej roboty, lecz ulgę, że wreszcie jest po wszystkim...

Po czwarte: druk „Weny” na długo przed tym, zanim byłam na to gotowa, zdecydowanie nie był dobrym pomysłem. Zanim mogłam wydrukować ją za własne środki, zamiast żebrać 
w instytucjach lub zbierać pieniądze od internautów. Zanim mogłam zapewnić współpracownikom darmowe egzemplarze autorskie, o czym pisała na grupie jedna z czytelniczek. Godząc się na takie warunki, z redaktora z prawdziwego zdarzenia stałam się osobą świadczącą usługi redakcyjne, umieszczającą w „Wenie” to, za co autor był gotów zapłacić. Druk jako sukces...? Nie, wydrukowanie czegokolwiek nie jest w dzisiejszych czasach sukcesem. Wystarczy umieć jako tako złożyć poprawnie plik i mieć pieniądze dla drukarni. Sukces to osiąganie ważnych dla siebie celów oraz poprawianie jakości życia swojego i bliskich.

Podsumowując, czy mogłabym zrobić cokolwiek, by jednak uratować i poprowadzić dalej „Wenę”...? Myślałam o tym, by wprowadzić odpłatność za wersję e-book w wysokości 5 zł miesięcznie. Już przy dwustu osobach zainteresowanych osiągnęłabym dochód, który pozwoliłby mi na rezygnację z aktualnej pracy zarobkowej – tak, właśnie tyle teraz zarabiam – i zajmowanie się „Weną” w typowym czasie pracy, zamiast po nocach. Niestety wiem, że ten plan z góry skazany byłby na niepowodzenie. Zainteresowane byłyby dwie, góra trzy osoby, które zrobiłyby to bardziej dla mnie niż dla samej elektronicznej „Weny”. Ludzie nie chcą płacić za pliki, nawet jeśli czas potrzebny na ich przygotowanie jest taki sam jak w przypadku wydania na papierze.
Gdyby moje publikacje jednak sprzedawały się dzięki „Wenie”, choćby jedna dziennie, zarabiałabym miesięcznie ok. 700 zł brutto. Co już byłoby wynikiem zadowalającym 
i usprawiedliwiającym dalsze istnienie magazynu. Potrzebowałabym jednak w tym celu przynajmniej setki nowych aktywnych czytelników w każdym miesiącu, a nie tylko grupki zaangażowanych autorów.
Moje pierwsze wyobrażenia związane z „Weną”...? To bycie w posiadaniu majątku, który zapewniłby mi brak konieczności wykonywania pracy zarobkowej, a także brak konieczności zarobkowania na samej twórczości, majątku zdobytego dzięki np. wygranej w Lotto lub spekulacji bitcoinem. To możliwość wydania takiej ilości pieniędzy, jaka byłaby potrzebna, aby tchnąć w to pismo prawdziwe życie. To możliwość zajmowania się nią w typowych godzinach pracy 
i przeznaczanie wieczorów dla bliskich, na inne hobby i relaks. To posiadanie dobrze wyposażonego biura, które pozwoliłoby mi na oddzielenie pracy od życia prywatnego.
Uruchomiłam „Wenę” na długo przed tym, zanim którykolwiek z tych warunków został spełniony, zakładając, że powoli będę zmierzać w takim właśnie kierunku, i teraz widzę, że to był błąd. Tragiczny w skutkach falstart. Wciąż wierzę, że wejdę kiedyś w posiadanie wystarczająco dużego majątku, który pozwoli mi na reaktywowanie „Weny” na własnych warunkach, może za kilka, może za kilkanaście lat, i dlatego nie mówię: żegnajcie, ale: do zobaczenia! Kolejny numer „Weny” będzie nie pierwszym, ale szóstym.

Chciałabym z całego serca podziękować wszystkim osobom w jakikolwiek, choćby 
w najmniejszym stopniu zaangażowanym w życie „Weny” oraz zaznaczyć, że ogromnie doceniam Wasz wkład i Waszą miłość do słowa pisanego. 
Mam więc nadzieję, że pewnego dnia zbierzemy się znów wszyscy wokół „Weny” w takim samym, a nawet dużo większym gronie 
Grupa na Facebooku nie będzie przeze mnie rozwiązana, ponieważ nie chcę rozpraszać zgranego już zespołu autorów i przyjaciół. Zmieniam tylko jej nazwę na bardziej stosowną w tej sytuacji: Nasza poezja i proza. Jej nowe cele to prezentacja amatorskiej i profesjonalnej twórczości, popularyzacja czytelnictwa oraz informowanie o wydarzeniach związanych z literaturą i kulturą. Nadal zachęcam więc wszystkie osoby, które mają profil na Facebooku, do członkostwa w tej grupie. Będę tam informować sympatyków Projektu Inspiracje o moich dalszych poczynaniach jako autorka i wydawca, a może uda mi się nawet nawiązać z niektórymi z Was współpracę 
w ramach wydawnictwa 


Do zobaczenia wraz z „Weną” w jakiejś lepszej rzeczywistości, Kochani.






wtorek, 4 czerwca 2019


Piąty (majowy) numer magazynu kulturalno-literackiego Wena


Przy okazji tego wydania czekają nas kolejne duże i ważne zmiany 

Po pierwsze, 
Wena nie jest już miesięcznikiem, a nieregularnikiem, z myślą o kwartalniku 
na przyszłość. Ponieważ jestem jedyną osobą zajmującą się jej redakcją, a oprócz zaangażowania w literaturę pracuję jeszcze zawodowo, nie udało mi się pogodzić tej pracy oraz obowiązków rodzinnych z regularnym wydawaniem pisma. Najbardziej ucierpiała tutaj moja własna działalność literacko-wydawnicza, która praktycznie przestała istnieć, oraz sprzedaż książek online, możliwa tylko dzięki mojemu osobistemu wkładowi czasu (klienta trzeba wyszukać i przeprowadzić przez cały proces sprzedaży, a przecież książkę kupuje jedna osoba 
na pięćdziesiąt zaczepionych). A to właśnie ze sprzedaży książek osiągałam dochód, magazyn 
w ogóle go nie generuje, ani jako publikacja sama w sobie, ani jako zachęta do zakupu książek właśnie.

Po drugie, magazyn pojawił się w formie cyfrowej na platformie ebookpoint.pl, nadal jako darmowa publikacja do ściągnięcia. Chwilowo jest tam obecny tylko jego pierwszy numer, stopniowo będą dodawane kolejne.

Po trzecie, jedna z osób udzielających się w grupie na Facebooku podsunęła mi pomysł przekształcenia Weny w kwartalnik i założenia Stowarzyszenia Wena, ze składką członkowską w wysokości 30 zł na kwartał. Pieniądze te pozwoliłyby na druk niewielkiej liczby egzemplarzy dla bibliotek oraz po jednym egzemplarzu dla członków Stowarzyszenia, którzy umieszczaliby w kwartalniku swoje utwory literackie, reportaże i felietony. Zapraszam do kontaktu osoby zainteresowane członkostwem w tym hipotetycznym na razie Stowarzyszeniu.

W tym miesiącu druk magazynu jest już zlecony, a lista osób zamawiających już zamknięta. Czytelników zainteresowanych wydaniem papierowym kolejnych numerów zapraszam 
do kontaktu, w celu uwzględnienia ich zamówienia na przyszłość. A na razie polecam wydania cyfrowe, które można jak zawsze pobrać z grupy na Facebooku poświęconej Wenie (link 
w prawej kolumnie). Piąty (majowy) numer powinien się pojawić w sieci za kilka dni.

Cena pojedynczego numeru bez dofinansowania wynosi dla odbiorców indywidualnych:

- 15 zł za jeden egzemplarz na terenie Polski (za każdy kolejny dopłata w wysokości 10 zł, 
plus kalkulacja kosztu wysyłki),
- 21 zł za jeden egzemplarz wysyłany za granicę (za każdy kolejny dopłata w wysokości 10 zł, plus kalkulacja kosztu wysyłki).


Przejdźmy więc już do zawartości piątego numeru. Znajdziecie w nim: 

  • kolejne wiersze ze zbiorku „Zegar melodii”, mojego autorstwa,
  • twórczość poetycką Mariana Rodziewicza, wraz z fotografiami jego prac malarskich i migawkami z życia autora, a także kilka jego rysunków satyrycznych na poprawę nastrojów,
  • kilka nowych wierszy znanej już czytelnikom Katarzyny Dominik, wraz z zapowiedzią jej nowego, dziewiątego już tomu poetyckiego,
  • krótki fragment opowiadania „Niebieskie oczy”, pochodzącego ze zbiorku „Wieża Zapomnienia", mojego autorstwa,
  • końcowy fragment opowiadania „Audyt” Marcina Gutka,
  • opowiadanie autorstwa Sobiesława Kolanowskiego „Znaczenie róży”, pochodzące ze znanego już zbioru „Szkice dla większych całości”. Dla chętnych niespodzianka przygotowana przez pana Sobiesława. Szczegóły już w numerze
  • relację Izabelli Teresy Kostki, ambasadorki Realizmu Terminalnego na Polskę, z kilku wydarzeń literackich w Mediolanie,
  • relację z mojego spotkania autorskiego w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Dęblinie,
  • recenzję „Fałszywej pamięci” Deana Koontza, autorstwa doświadczonej recenzentki Anny Baran,
  • recenzję „Szeptów szeptuchy” Tomasza Niedzieli, książki, która pojawiła się w Wenie już dwukrotnie,
  • recenzję „Ostatnich dni” Adriana Johna Kenzie, pisarza polskiego pochodzenia mieszkającego w dalekiej Walii,
  • recenzję „Bajek” Oscara Wilde'a,
  • nowy konkurs (poprzedni znów nie został rozstrzygnięty),
  • zapowiedź spotkania autorskiego w mieście kojarzącym się głównie z... przetwórstwem mleka




Zapraszam serdecznie do lektury magazynu oraz do zaangażowania się w jego życie.