sobota, 22 czerwca 2019


Zakończenie prac nad Weną


Ponieważ domknęłam już wszystkie sprawy związane z piątym (majowym) numerem pisma, przyszła pora na oficjalne zamknięcie prac nad magazynem kulturalno-literackim „Wena” 
Ta niełatwa decyzja poprzedzona była wieloma wątpliwościami. Przecież początkowo „Wena” zdawała się być spełnieniem moich marzeń, przysłowiowym strzałem w dziesiątkę i pomysłem 
na siebie na resztę życia. Cóż więc się stało, że zaledwie po pięciu wydaniach „Wena” kona śmiercią w gruncie rzeczy naturalną...?
Dla niektórych te pół roku to wciąż tylko początek, powijaki pisma, ale dla mnie to sporo czasu. Już widać wiodące trendy w jego rozwoju, a także – niestety – brak możliwości skorygowania kierunku bez drastycznych, sięgających samych fundamentów zmian.

A więc po pierwsze: zaważyła bardzo mała ilość „zwyczajnych” czytelników oraz brak zaangażowania z ich strony w życie pisma. Założyłam na samym wstępie, że pierwszy numer będzie mieć ok. 200-300 odbiorców, a potem ta liczba będzie tylko rosła. Martwiłam się jedynie 
o to, czy przekonam autorów do współpracy z magazynem. Rzeczywistość okazała się całkowicie inna. Autorzy współpracują chętnie i wielu nawet dopytuje się o możliwość publikacji w „Wenie”, 
a brakuje właśnie czytelników. Jeśli jacyś się trafiają, to raczej się nie ujawniają. „Wena” jest potrzebna głównie publikującym w niej autorom. Ogromnie doceniam ich zaangażowanie, lecz nie jest to moje pierwsze smutne doświadczenie tego rodzaju. Serwis literacki, na którym udzielałam się wiele już lat temu, nazywał się opowiadania.pl. Autorzy nawzajem czytali tam, komentowali 
i oceniali swoje prace. Może jestem staroświecka, ale moim zdaniem nie o to powinno chodzić 
w literaturze. Tęsknię za czasami, gdy istniał twórca i odbiorca, i nie zawsze byli oni tą samą osobą...
Zastanawiam się, gdzie popełniłam w tym wszystkim błąd, i wydaje mi się, że problemy zaczęły się w momencie, gdy plik „Weny” okazał się zbyt duży na skrzynkę e-mail oraz priv na Facebooku. Zdecydowałam się na wysyłkę magazynu za pośrednictwem dość kłopotliwej strony WeTransfer, a potem na założenie grupy na Facebooku i publikowanie „Weny” właśnie tam. Rozwiązanie to wydawało się zbawieniem, ponieważ uwalniało mnie od ogromnej ilości żmudnej pracy. Niestety, po raz kolejny nie wzięłam pod uwagę... ludzkiej natury. Większość internautów otworzy załącznik w prywatnej wiadomości, ze zgraniem pliku z grupy jest już znacznie gorzej.
Sama grupa też niestety raczej się nie sprawdziła. Zaledwie kilkanaście osób angażowało się 
w sprawy magazynu, cała reszta tkwi w niej z jakiś zupełnie innych powodów. A to znajomy zaprosił i nie wypadało odmówić, a to autopromocja gdzie tylko się da... Gdzież tam ktoś będzie zwracać uwagę na nazwę i cel istnienia grupy, gdzież tam przestrzeganie regulaminu czy niepisanych oczekiwań... Dobitnie pokazały to zresztą niedawne apele i ankiety z mojej strony, 
na które zareagowała zawsze ta sama grupa aktywnych osób. I niestety tylko oni.

Po drugie: zawsze warto zastanowić się, co jest celem, a co środkiem. Zrobić sobie taką gradację celów i wiodących do nich środków, i zastanowić się, czy przypadkiem nie zamieniają się one miejscami. W tej sytuacji celem powołania „Weny” do istnienia było zwiększenie zainteresowania moją twórczością oraz zachęcenie większej ilości osób do zakupu książek Wydawnictwa Inspiracje. Właśnie tu leży źródło mojego zarobku, a sam magazyn jest całkowicie non profit, nawet w wersji drukowanej (cena pokrywała jedynie koszty).
Cel ten został osiągnięty w bardzo małym stopniu, a w zasadzie to magazyn sam w sobie stał się celem. Kilka książek wprawdzie sprzedało się dzięki „Wenie”, lecz na pewno jest to o wiele mniejsza liczba, niż gdybym skupiła się w tym czasie na samej tylko promocji i sprzedaży. Magazyn nie tylko nie poprawił moich wyników sprzedażowych, lecz wręcz je pogorszył, i pod tym względem te pół roku to jest czas stracony. Niestety, nie uda mi się sprzedawać w „czyściutki” 
i przyjemny sposób, czytelnicy nie przyjdą sami po te książki. Muszę ubrudzić sobie ręce, zaczepiając i agitując potencjalnych kupujących online i na żywo.
Odniósł się zresztą do tego już na początku jeden z czytelników „Weny”. Ludzie czytają magazyn dla ciekawych treści, tworzonych przez różne osoby, a nie po to, by kupować publikacje konkretnego autora. Gazeta nie może być folderem reklamowym. Żałuję teraz, że mu wtedy 
nie uwierzyłam.
Mam taką szafkę na balkonie, w której przechowuję nakłady moich książek. Opróżnienie tej szafki, a mówiąc w inny sposób, sprzedanie się tych wszystkich książek rozwiązałoby moje aktualne trudności finansowe. Niestety, szafka jest wciąż pełna, konto bankowe puste, a źródłem dodatkowego dochodu jest wsparcie rodziny... Ta sytuacja sama w sobie wystarczy, 
by skorygować kurs i poszukać innych, lepszych dróg.

Po trzecie: kontynuacja prac nad „Weną” oznaczałaby faktyczne zamknięcie Wydawnictwa Inspiracje, albo mówiąc inaczej, magazyn pozostałby jego jedyną publikacją. Zakładałam na początku roku, że do końca czerwca wydam swoją kolejną książkę o tytule „Córka słońca. Zderzenie światów”, w postaci druku i e-booka. Nawet w połowie nie zbliżyłam się do zrealizowania tego celu, ponieważ większość swojego czasu przy komputerze poświęciłam „Wenie”. Jeśli pismo pozostanie przy życiu, nie będę także wydawać książek innych autorów 
i nie napiszę już nic nowego, ponieważ zwyczajnie nie będę miała na to czasu i sił.
Gdzie znów popełniłam błąd...? Nie doceniłam na początku olbrzymiego zaangażowania czasowego, jakiego wymagało ode mnie poprowadzenie tak ambitnego projektu wydawniczego. Tym więcej, że duża ilość pracy to typowe zajęcia sekretarki. „Wena” jest projektem zbyt dużym, zbyt ambitnym, o zbyt szerokim profilu, dlatego też szybko mnie on przerósł. Napięcie związane z terminowym ukazywaniem się kolejnych numerów, szczególnie w kontekście łączenia tej pracy z rolami pracownicy, gospodyni domowej i matki, oraz niemożność znalezienia czasu po prostu 
na relaks, spowodowały u mnie znaczące pogorszenie nastroju w ostatnim półroczu, ciągłą nerwowość i brak koncentracji. Entuzjazm prędko wygasł, i już przy trzecim numerze wręcz wymuszałam na sobie redakcyjną aktywność, odczuwając już nie radość z dobrze wykonywanej roboty, lecz ulgę, że wreszcie jest po wszystkim...

Po czwarte: druk „Weny” na długo przed tym, zanim byłam na to gotowa, zdecydowanie nie był dobrym pomysłem. Zanim mogłam wydrukować ją za własne środki, zamiast żebrać 
w instytucjach lub zbierać pieniądze od internautów. Zanim mogłam zapewnić współpracownikom darmowe egzemplarze autorskie, o czym pisała na grupie jedna z czytelniczek. Godząc się na takie warunki, z redaktora z prawdziwego zdarzenia stałam się osobą świadczącą usługi redakcyjne, umieszczającą w „Wenie” to, za co autor był gotów zapłacić. Druk jako sukces...? Nie, wydrukowanie czegokolwiek nie jest w dzisiejszych czasach sukcesem. Wystarczy umieć jako tako złożyć poprawnie plik i mieć pieniądze dla drukarni. Sukces to osiąganie ważnych dla siebie celów oraz poprawianie jakości życia swojego i bliskich.

Podsumowując, czy mogłabym zrobić cokolwiek, by jednak uratować i poprowadzić dalej „Wenę”...? Myślałam o tym, by wprowadzić odpłatność za wersję e-book w wysokości 5 zł miesięcznie. Już przy dwustu osobach zainteresowanych osiągnęłabym dochód, który pozwoliłby mi na rezygnację z aktualnej pracy zarobkowej – tak, właśnie tyle teraz zarabiam – i zajmowanie się „Weną” w typowym czasie pracy, zamiast po nocach. Niestety wiem, że ten plan z góry skazany byłby na niepowodzenie. Zainteresowane byłyby dwie, góra trzy osoby, które zrobiłyby to bardziej dla mnie niż dla samej elektronicznej „Weny”. Ludzie nie chcą płacić za pliki, nawet jeśli czas potrzebny na ich przygotowanie jest taki sam jak w przypadku wydania na papierze.
Gdyby moje publikacje jednak sprzedawały się dzięki „Wenie”, choćby jedna dziennie, zarabiałabym miesięcznie ok. 700 zł brutto. Co już byłoby wynikiem zadowalającym 
i usprawiedliwiającym dalsze istnienie magazynu. Potrzebowałabym jednak w tym celu przynajmniej setki nowych aktywnych czytelników w każdym miesiącu, a nie tylko grupki zaangażowanych autorów.
Moje pierwsze wyobrażenia związane z „Weną”...? To bycie w posiadaniu majątku, który zapewniłby mi brak konieczności wykonywania pracy zarobkowej, a także brak konieczności zarobkowania na samej twórczości, majątku zdobytego dzięki np. wygranej w Lotto lub spekulacji bitcoinem. To możliwość wydania takiej ilości pieniędzy, jaka byłaby potrzebna, aby tchnąć w to pismo prawdziwe życie. To możliwość zajmowania się nią w typowych godzinach pracy 
i przeznaczanie wieczorów dla bliskich, na inne hobby i relaks. To posiadanie dobrze wyposażonego biura, które pozwoliłoby mi na oddzielenie pracy od życia prywatnego.
Uruchomiłam „Wenę” na długo przed tym, zanim którykolwiek z tych warunków został spełniony, zakładając, że powoli będę zmierzać w takim właśnie kierunku, i teraz widzę, że to był błąd. Tragiczny w skutkach falstart. Wciąż wierzę, że wejdę kiedyś w posiadanie wystarczająco dużego majątku, który pozwoli mi na reaktywowanie „Weny” na własnych warunkach, może za kilka, może za kilkanaście lat, i dlatego nie mówię: żegnajcie, ale: do zobaczenia! Kolejny numer „Weny” będzie nie pierwszym, ale szóstym.

Chciałabym z całego serca podziękować wszystkim osobom w jakikolwiek, choćby 
w najmniejszym stopniu zaangażowanym w życie „Weny” oraz zaznaczyć, że ogromnie doceniam Wasz wkład i Waszą miłość do słowa pisanego. 
Mam więc nadzieję, że pewnego dnia zbierzemy się znów wszyscy wokół „Weny” w takim samym, a nawet dużo większym gronie 
Grupa na Facebooku nie będzie przeze mnie rozwiązana, ponieważ nie chcę rozpraszać zgranego już zespołu autorów i przyjaciół. Zmieniam tylko jej nazwę na bardziej stosowną w tej sytuacji: Nasza poezja i proza. Jej nowe cele to prezentacja amatorskiej i profesjonalnej twórczości, popularyzacja czytelnictwa oraz informowanie o wydarzeniach związanych z literaturą i kulturą. Nadal zachęcam więc wszystkie osoby, które mają profil na Facebooku, do członkostwa w tej grupie. Będę tam informować sympatyków Projektu Inspiracje o moich dalszych poczynaniach jako autorka i wydawca, a może uda mi się nawet nawiązać z niektórymi z Was współpracę 
w ramach wydawnictwa 


Do zobaczenia wraz z „Weną” w jakiejś lepszej rzeczywistości, Kochani.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz