poniedziałek, 30 grudnia 2019


Drugi fragment Córki słońca. Prawa miłości


Pora na prezentację drugiego i już ostatniego fragmentu zapowiadającego drugi tom trylogii Córka słońca, który będzie nosić tytuł Prawo miłości.
Publikacja ukaże się w postaci e-booka najpóźniej do 15 stycznia, przede wszystkim z myślą 
o osobach, które niecierpliwie czekają na tę książkę. Nowi czytelnicy są także bardzo miło widziani 😊
Dla równowagi postanowiłam zaserwować tym razem klimaty rodzinne zamiast nietypowej miłości. W wybranym przeze mnie fragmencie zobaczycie Aldorenta Morrisona, jednego 
z głównych bohaterów tej powieści, w pewnym ważnym i chyba jednym 
z najsmutniejszych momentów jego życia. Obawiam się, że niektórzy z czytelników mogą uznać ten wpis za spojler. Jeśli wolicie poczekać jeszcze parę dni na całość książki - po prostu nie czytajcie dalej.
Klimat będzie zupełnie nie bożonarodzeniowy, raczej taki w sam raz na Wszystkich Świętych. Przyjrzyjmy się więc już temu, co się wydarzyło:



ROZDZIAŁ XIX - SAM


(...) Docierał właśnie do parku, gdzie zamierzał przysiąść na pierwszej napotkanej wolnej ławce, gdy rozśpiewała się jego komórka. Odebrał natychmiast. Numer dzwoniącego z niczym mu się nie kojarzył, a głos, który się odezwał, należał do zupełnie obcego mężczyzny.
− Pan Aldorent Morrison? – pytał głos.
− Tak, to ja. O co chodzi?
− Syn Frances Morrison?
− Tak. Czy coś się stało? – poczuł pierwszą nutę niepokoju.
− Mówi doktor Chavez z Kliniki Świętej Barbary. Pańska matka miała dzisiaj rano zawał serca.
− Czy... czy już jest z nią lepiej? – wyrzucił z siebie zduszonym głosem. Poczuł nagle, jak miękną pod nim nogi.
− Przykro mi, panie Morrison – odparł cicho doktor, zawieszając głos, co miało wyrażać współczucie.
Nie musiał dodawać niczego więcej. Aldorent przerwał połączenie i oparł się o drzewo, by nie upaść. Z trudem łapał oddech, a świat po raz kolejny zawirował mu przed oczami. W ciągu jednej nocy przeobraził się z ofiary w mordercę. Miał ochotę wyć z niewyobrażalnej rozpaczy, bólu 

i wściekłości na samego siebie. Nie rozpłakał się, lecz cała wczorajsza frustracja i złość uszły 
z niego w ciągu kilku sekund jak powietrze z przekłutego balonu. Zarówno on sam, jak i jego krzywdy gwałtownie zmalały w oczach mężczyzny. Za to śmierć matki była jak wielki, czerwony wykrzyknik.
Nie mógł tracić czasu na powrót do domu i uruchomienie auta ani na włóczenie się po mieście autobusami. Zatrzymał pierwszą napotkaną taksówkę i kazał wieźć się do szpitala. Pędził na kardiologię jak na skrzydłach, chociaż było to już bez znaczenia, skoro jego matka nie żyła 

od kilku godzin.
Pierwszą osobą, którą napotkał na oddziale, był doktor Chavez, niski mężczyzna o latynoskiej urodzie. Zupełnie jakby lekarz czekał na niego, by pomóc mu przygotować się na wstrząsający widok. Potrząsnął ręką Aldorenta i z malującym się na twarzy zakłopotaniem zaczął mówić:
− Przywieziono ją do nas dopiero przed godziną. Leżała w łazience z rozbitą głową 

i pokrwawionymi paznokciami. Zawał musiał nadejść niespodziewanie. Kiedy upadła z bólu, próbowała chwytać się umywalki i wanny, by wstać, doczołgać się na kolanach do telefonu 
i wezwać pomoc. Niestety, nie dała rady. Atak był wyjątkowo silny i nie miał dużo roboty z tak delikatnym organizmem. Córka znalazła ją w południe, gdy przyjechała w odwiedziny. Zawsze uważałem, że starzy, cierpiący na poważne choroby ludzie nie powinni mieszkać samotnie. Miała przecież dwoje dzieci. Nie rozumiem, dlaczego pan albo pańska siostra... przepraszam – zakończył nagle, widząc wzbierającą na twarzy Eliminatora wściekłość, pomieszaną 
z przeogromnym cierpieniem.
− Pani Garland zadzwoniła natychmiast do kliniki – kontynuował lekarz. – Niestety, było za późno na ratunek. Mogłem tylko stwierdzić zgon pani Morrison i zaaplikować pani Garland środek uspokajający. Wciąż jest z matką w kostnicy. Swoją drogą, to bardzo dzielna kobieta, ta pańska siostra. Sprawiła się ze wszystkim lepiej niż niejeden mężczyzna. Zaprowadzę teraz pana na dół, żeby mógł pan zobaczyć matkę. Chyba, że nie życzy pan sobie tego.
− Chodźmy tam – odparł krótko Aldorent głosem, którego sam nie poznawał.
Nie miał teraz ochoty na pogawędkę. Nie istniały takie słowa, które mogłyby go pocieszyć. Do jego głowy wdarła się myśl, że gdy on leżał nieprzytomny po pijackiej libacji, jego matka konała na podłodze łazienki, zwijając się w straszliwym bólu. To nie choroba zabrała ją spośród żywych, ale jego okrucieństwo. W kilka minut rozbił w drobny mak cały mały światek bogobojnej kobiety, budowany dzień po dniu przez kilkadziesiąt lat. Zniszczył jej złudzenia, pogrzebał najdroższe nadzieje. Nie mogło być dla niego usprawiedliwienia ani przebaczenia.
Doktor poprowadził go szerokim holem, z pomalowanymi na jasną, radosną zieleń ścianami. Mijali czasami szpitalny personel i co silniejszych chorych, snujących się po korytarzach 

w podomkach i bamboszach. Aldorent nie umiał spojrzeć tym ludziom w oczy. Miał uczucie, jakby każde spojrzenie przewiercało jego duszę na wylot i odgadywało ponurą tajemnicę mężczyzny.
Raz wieziono kogoś z wypadku na salę operacyjną. Kątem oka zobaczył zakrwawioną twarz 

i podłączoną do ramienia kroplówkę. Szybko odwrócił wzrok, czując, jak zbiera mu się na wymioty. Nie zdążył nawet rozpoznać płci poszkodowanego, i prawdę mówiąc, wcale nie chciał wiedzieć. Był dziś jak pomarańcza bez skórki, nieskończenie wrażliwy i całkowicie nieodporny 
na własny i cudzy ból.
− Czy pańska matka przeżywała ostatnio jakieś poważne kłopoty? – pytał doktor Chavez, gdy zjeżdżali windą na najniższy poziom. – Przypuszczam, że przyczyną zawału mógł być długotrwały stres albo silny psychiczny uraz.
− O niczym nie wiem – bąknął Aldorent. – Prowadziła bardzo spokojne życie. Gdyby coś było nie tak, na pewno bym to zauważył.
Doktor Chavez należał do tego typu lekarzy, którzy pomimo wieloletniej praktyki wciąż przekazują ponure wieści z prawdziwą niechęcią, ale jednocześnie nie potrafią powstrzymać się od mówienia nawet wtedy, gdy osieroceni członkowie rodziny najbardziej na świecie potrzebują spokoju i samotności. Aldorent miał parę razy chęć powiedzieć mu, by nareszcie się zamknął. 

W końcu ten mały pajac i tak nie mógł już zrobić niczego dla jego matki.
Kostnica była pusta, jeśli nie liczyć kobiecej postaci, pochylającej się nad zmarłą, leżącą na ustawionym prawie na środku pomieszczenia, szerokim stole na kółkach, i przykrytą aż po szyję białym prześcieradłem. Aldorent wahał się przez chwilę, zanim podszedł do siostry. Bał się jej reakcji na swoją osobę.
Wreszcie Alayah odwróciła się i zobaczyła brata. Nawet z daleka zauważył, jak silnie drgnęła.
− Czy mógłby pan zostawić nas samych? – odezwał się cicho do mężczyzny.
− Ależ oczywiście, panie Morrison – odparł doktor Chavez i oddalił się bezszelestnie.
Aldorent został sam z siostrą i z tym, co pozostało z jego matki. Nie mógł dłużej odwlekać spotkania. Powoli podszedł do Allie. Wyraźnie widział jej zmęczoną twarz i zapuchnięte od długiego płaczu oczy z rozmazanym makijażem.
Nie rzuciła się na niego z pięściami. Nie robiła mu żadnych wyrzutów.
− Tak się cieszę, że przyjechałeś, Aldorencie – sapnęła z ulgą, wtulając się w jego ramiona. Pokonując własną sztywność, przycisnął ją do siebie mocno i ukrył twarz w jej rozpuszczonych włosach. Z jego oczu nareszcie pociekły szerokim strumieniem łzy.
− To nie moja wina – szepnął. – Nie moja wina.
− Wiem.
Nic więcej nie pozostało między nimi do powiedzenia. Wkrótce będą musieli zająć się formalnościami związanymi z pogrzebem, lecz jeszcze nie teraz. A potem zaczną przypominać sobie na pozór mało znaczące epizody z życia matki i roztrząsać je ze smętną czułością, lecz na to również było za wcześnie. Na razie każde było samo ze swoim bólem. Niewiele mogli ulżyć sobie nawzajem bliskością duchową czy fizyczną. Dlatego Alayah wysunęła się z jego objęć, oparła łokcie o zimny blat stołu i znów zapatrzyła się w białą twarz Frances.
− Czy mogłabyś... czy mogłabyś zostawić mnie z nią na chwilę samego? – odezwał się nieśmiało.
Spojrzała na niego, a potem skinęła z powagą głową. Zauważył po raz pierwszy drobne zmarszczki na jej czole, wokół oczu i na szyi. Alayah nie była już dziewczyną i powolutku zaczynała się starzeć. Za trzydzieści lat będzie wyglądać jak matka w ostatnich dniach życia. 

W tamtej nabrzmiałej od znaczeń chwili poczuł całym sobą okrutny powiew czasu bardziej niż kiedykolwiek do tej pory. Tylko jemu udało się trochę odsunąć od siebie wyrok. Nie był już jednak pewien, czy gra była warta świeczki.
− Dobrze – odezwała się. – Wrócę za pół godziny.
Stał więc w samotności i ciszy obok zwłok jednej z najdroższych mu osób, trzymając w dłoni jej bezwładne palce. Nie wstydził się własnego płaczu, który nie przynosił ulgi żyjącemu, ale należał się zmarłej. Gdyby nie mógł teraz zapłakać, po powrocie do domu od razu strzeliłby sobie 

w serce.


Zdjęcie: Pixabay


Patrzył bez końca w jej bladą twarz, na której malowała się łagodność i spokój. Jeśli cierpiała 

w chwili śmierci, dotknięcie wieczności od razu wygładziło jej rysy, nadając kobiecie wygląd anioła. Mógłby założyć się o wszystko, że jego matka ogląda już raj. Bo nawet jeśli on nie wierzył w życie pozagrobowe, to ona zawsze wierzyła bardzo głęboko. Bóg byłby ostatnią szują, gdyby nie obszedł się z nią należycie.
Po raz pierwszy towarzyszył w ostatniej wędrówce komuś tak bliskiemu. Pogrzeb ojca pamiętał jak przez mgłę. Miał wtedy sześć lat i nie zdołał wystarczająco mocno odczuć jego braku. Wiedział, że matka zajmie się nim i Allie. Zachował tylko wspomnienie ciężkiej atmosfery, przesyconej męczeństwem i świętością, którą Frances podsycała przez wszystkie kolejne lata.
Frederick Morrison nie został naprawdę złożony do grobu. Miejscem jego wiecznego spoczynku był płonący i rozpadający się kolosus, z którego zdążył przed śmiercią wyprowadzić kilkanaście osób. Jego szczątki rozpoznano po czarnym hełmie Eliminatora. Pogrzeb miał znaczenie jedynie symboliczne. Musiało istnieć miejsce, w którym rodzina będzie mogła zapalać znicze i wspominać jego bohaterstwo. Jedynym ciałem, które rzeczywiście spocznie w małżeńskim grobowcu, będzie więc ciało Frances. Aldorent nie miał wątpliwości, że tak czy owak, ci dwoje już się odnaleźli na tamtym świecie.
Pomimo przepełniającego go żalu i poczucia odpowiedzialności za jej śmierć, nie mógł cofnąć tego, co się wydarzyło. Gdyby to było możliwe, oddałby matce kilka dekad własnego życia. Miałby teraz czym ją obdarować. Nie straciłby wiele, a jeśli nawet coś by go ominęło, chętnie zrezygnowałby z tego czegoś, byleby tylko móc jeszcze raz zobaczyć jej uśmiech.
Pochylił się nad nią i złożył długi pocałunek na zimnym, białym jak alabaster czole.
− Śpij spokojnie, mateczko – szepnął. – Niech Bóg da ci wszystko, co najlepsze. Przebacz swojemu synowi, jeśli potrafisz.
Wydało mu się, że matka uśmiechnęła się leciutko. A może oszukała go delikatna zasłona łez. (...)





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza